# Chłopiec z Radomia, który nauczył całą Polskę skoku na dziesięć punktów
W październiku 2023 roku Ewa Barczyk, pielęgniarka ze szpitala w Radomiu, wróciła po nocnej zmianie do domu i zastała na klatce schodowej sąsiadkę, która płakała nad telefonem. Ewa nie znała tej kobiety dobrze — mijały się przy skrzynkach na listy, czasem pożyczały sobie cukier. Ale tego ranka usiadła obok niej na schodach, bo pachniało bigosem z mieszkania obok i ktoś musiał zapytać, co się stało.
— Mój ojciec — powiedziała sąsiadka. — Karol Wieniawski. Pamięta go pani?
Ewa pamiętała. Kto w Polsce urodzony przed 1990 rokiem nie pamiętał Karola Wieniawskiego? W 1979 roku, mając siedemnaście lat, zdobył złoty medal w wieloboju gimnastycznym na mistrzostwach Europy w Essen — pierwszy Polak, który tego dokonał. Jego zdjęcie wisiało w salach gimnastycznych od Szczecina po Rzeszów, drukowano je na znaczkach pocztowych, na pudełkach płatków śniadaniowych z lat osiemdziesiątych. Był twarzą pokolenia, które miało udowodnić, iż mały kraj potrafi wygrywać z wielkimi.
Zuzanna opowiadała to wszystko szybko, jakby chciała wyprzedzić własny płacz, i Ewa nie przerywała. Dopiero po chwili zorientowała się, iż nie chodzi o wspomnienia. Chodziło o telefon, który sąsiadka wciąż trzymała w dłoni, z wyświetloną wiadomością od lekarza dyżurnego.
— Zadzwonili przed szóstą. Że mam przyjechać.
Karol leżał na oddziale intensywnej terapii w szpitalu wojewódzkim, podłączony do respiratora, od czterech dni. Rzadka odmiana zapalenia płuc zniszczyła mu tkankę płucną tak szybko, iż tej nocy lekarz dyżurny zadzwonił do córki po raz drugi, prosząc, by przyjechała jak najszybciej i przygotowała się na najgorsze. Ewa, choć pracowała na innym oddziale tego samego szpitala, znała tę procedurę aż za dobrze — wiedziała, co oznacza telefon o piątej pięćdziesiąt siedem, a nie o ósmej rano.
— Pojedzie pani ze mną? — zapytała nagle Zuzanna. — Nie mam nikogo.
Pojechały jej samochodem, bo Zuzanna trzęsącymi się rękami nie potrafiła trafić kluczykiem w stacyjkę. Na korytarzu przed salą intensywnej terapii paliło się jarzeniowe światło, które o tej porze roku wydawało się bardziej białe niż zwykle. Lekarz wyszedł do nich w fartuchu jeszcze wilgotnym od dezynfekcji rąk i powiedział, iż stan jest stabilny, ale krytyczny — organizm walczy, saturacja się nie poprawia, a kolejne czterdzieści osiem godzin pokaże więcej niż wszystkie dotychczasowe badania.
Zuzanna usiadła na plastikowym krześle pod ścianą i powiedziała to, co niosła w sobie od rana, zanim jeszcze zapłakała na schodach.
— Nie mamy pieniędzy, żeby mu pomóc bardziej. NFZ pokrywa leczenie, ale nie pokrywa wszystkiego. Rehabilitacja, prywatne konsultacje, sprzęt do oddychania, kiedy wróci do domu — jeżeli wróci. Tata nie odprowadzał składek regularnie po rozwodzie, a pandemia zamknęła jego szkółkę gimnastyczną na dwa lata. Polisa wygasła, bo nie było z czego jej przedłużyć.
Ewa nie znała się na finansach byłych mistrzów sportu. Znała się na dyżurach, na kroplówkach, na tym, jak wygląda twarz człowieka, który czeka pod drzwiami reanimacji. Powiedziała więc jedyne, co przyszło jej do głowy:
— Załóż zbiórkę. Dziś, teraz, zanim znowu zadzwonią.
Zuzanna założyła ją tej samej nocy, siedząc na korytarzu szpitalnym, z telefonem opartym o kolano. Cel ustawiła skromnie — dwadzieścia tysięcy złotych, tyle, ile jej zdaniem starczyłoby na najpilniejsze wydatki. Dodała zdjęcie ojca z podium w Essen obok zdjęcia sprzed tygodnia, zrobionego w poczekalni, i dwa zdania: kim był i kim jest teraz.
Ewa wróciła na swój oddział rano, przespała trzy godziny i wieczorem znów zajrzała na klatkę schodową. Zuzanna siedziała na stopniach z telefonem w obu rękach, a ekran co kilka sekund odświeżał liczbę.
— Sto dwadzieścia tysięcy — powiedziała, nie podnosząc głowy. — W jeden dzień.
Głos jej się łamał, ale nie z rozpaczy. Ewa usiadła obok niej po raz drugi w ciągu doby i przez chwilę obie patrzyły, jak liczba rośnie w milczeniu, jakby to był monitor kolejnego pacjenta.
Ludzie w komentarzach pisali, iż jako dzieci próbowali powtórzyć jego skok na materacu w salonie i kończyło się to stłuczonym łokciem. Pisali, iż mieli plakat z jego twarzą nad łóżkiem. W ciągu dwóch tygodni ponad sześć tysięcy osób wpłaciło łącznie prawie osiemset tysięcy złotych.
Ewa, patrząc na to z boku, poczuła coś, czego nie umiała od razu nazwać. Nie było to wzruszenie w czystej postaci. Było w tym też coś, co ją zawstydziło — bo przecież sama, pracując na oddziale, widziała co tydzień pacjentów bez żadnego nazwiska w gazetach, którzy zbierali pieniądze na leczenie po cichu, bez portalu, bez sześciu tysięcy darczyńców, i nikt się nie odzywał. Nie powiedziała tego wtedy Zuzannie. Pomyślała tylko, iż zapamięta tę myśl na później.
Zapytała za to wprost, kiedy siedziały tak trzeci wieczór z rzędu:
— Jak to możliwe, iż mistrz Europy, twarz całej epoki, został bez żadnego zabezpieczenia w chwili, gdy najbardziej go potrzebował?
Zuzanna nie miała gotowej odpowiedzi. Powiedziała tylko, iż ojciec przez te wszystkie lata żył z poczucia, iż jakoś to będzie, iż sportowiec jego pokolenia nie przywykł liczyć składek, bo nikt go tego nie nauczył — po karierze zostawiono go samemu sobie, bez systemu, który by go osłonił.
Karol wyszedł ze szpitala po pięciu tygodniach. Ewa widziała go tylko raz, kiedy Zuzanna prowadziła go przez klatkę schodową do windy, powoli, z przenośnym koncentratorem tlenu na kółkach. Mężczyzna ze zdjęć w gazetach z 1979 roku był teraz chudy, przygarbiony, i trzymał się poręczy tak, jakby to ona, a nie córka, prowadziła go do domu.
Przez kolejny miesiąc koncentrator pracował cicho w kącie sypialni, a Zuzanna uczyła się zmieniać filtry, siedząc przy nim z instrukcją obsługi rozłożoną na kolanach. Ewa wiedziała o tym tylko dlatego, iż czasem mijała ją w aptece, kiedy Zuzanna kupowała kolejne opakowania filtrów, i wymieniały ze sobą parę zdań przy kasie.
Kiedy Karol wydobrzał na tyle, żeby udzielić krótkiego wywiadu lokalnej telewizji, powiedział rzecz, która obiegła potem cały region: iż po opłaceniu wszystkich rachunków szpitalnych i rehabilitacji zostało ponad trzysta tysięcy złotych, i iż przekazuje tę kwotę fundacji wspierającej byłych sportowców bez zabezpieczenia socjalnego. Ewa oglądała ten wywiad w pokoju socjalnym na oddziale, razem z dwiema innymi pielęgniarkami, które akurat piły kawę między dyżurami.
Nie wszyscy przyjęli tę historię z ulgą. W komentarzach pod nagraniem ktoś napisał, iż hojność internautów jest wzruszająca, ale nie powinna zastępować polityki państwa wobec sportowców, którzy przynieśli krajowi honor, a potem zostali sami ze swoimi fakturami. Inni pytali, dokąd dokładnie trafiły te trzysta tysięcy i kto to skontroluje.
Zuzanna, zapytana o to wprost przez lokalnego dziennikarza tydzień później, odpowiedziała krótko: fundacja publikuje sprawozdania finansowe, każdy może je sprawdzić, ojciec nie chciał ani grosza zostawić sobie. Więcej nie powiedziała — i dziennikarz, o ile Ewa wiedziała, więcej nie pytał.
Ewa, mijając teraz Zuzannę na klatce, czasem widzi ją z torbą pełną leków dla ojca, czasem z pustymi rękami, kiedy po prostu wychodzi na spacer. Wie od niej, iż Karol wrócił do sali gimnastycznej — nie jako trener na etacie, tylko dwa razy w tygodniu, żeby popatrzeć, jak dzieciaki uczą się przerzutów na tym samym materacu, na którym on kiedyś nauczył się swojego skoku na dziesięć punktów.
Sama Ewa nie założyła żadnej zbiórki dla nikogo ze swojego oddziału. Zrobiła coś mniejszego, ale za to co miesiąc: odkłada teraz pięćdziesiąt złotych z pensji na konto lokalnego stowarzyszenia, które pomaga pacjentom bez nazwiska w gazetach, bez sześciu tysięcy darczyńców, o których nikt nie napisze artykułu. Nie mówi o tym nikomu na oddziale. Robi to tak, jak Zuzanna zmieniała filtry w koncentratorze — cicho, z instrukcją rozłożoną na kolanach, bo ktoś musiał to robić, a akurat była pod ręką.













