Ostatni kurs busa Kowalowej

newsempire24.com 2 godzin temu

Trzydzieści dwa lata Kowalowa jeździła linią siedemnaście po Bydgoszczy — od dworca PKP do osiedla Wyżyny. Krystyna Kowalska, a po sąsiedzku po prostu Kowalowa, znała każdą dziurę na Alei Jana Pawła II, każdą staruszkę, która wsiada na przystanku przy Operze Nova z dwiema siatkami, i każdego kontrolera, któremu nie warto pokazywać biletu dwa razy.

Za kierownicą nikogo się nie bała. W środku busa — tym bardziej.

— Gdzie się pchasz, mówiłam — na koniec! — wołała na studentów tłoczących się przy drzwiach. — To nie dyskoteka, to bus, jest miejsce — siadaj, nie ma — stój i nie zawadzaj przy wysiadaniu.

Mogła wysadzić pasażera w połowie trasy, jeżeli kłócił się o wydanie reszty. Mogła nie zatrzymać się, widząc staruszkę biegnącą z przystanku dalej — „nie zdążyła, to nie zdążyła, mam rozkład jazdy". A młodej mamie z wózkiem kiedyś tak nawrzeszczała za to, iż za długo składała ten wózek, iż kobieta potem szła dwa przystanki piechotą i płakała.

— Nie potrzebuję tu żadnych skarg — mówiła dyspozytorce, pani Basi, kiedy ta czytała jej kolejne zgłoszenie z książki reklamacji. — Niech się cieszą, iż ich w ogóle wożę za cztery pięćdziesiąt.

Tak minęło trzydzieści dwa lata. Busy się zmieniały — „Jelcz" na "Sprintera", „Sprintera" na nowy elektryczny, który firma kupiła trzy lata temu. Kowalowa przesiadła się za nowe kierownice, jak dawniej patrząc na pasażerów z góry przez lusterko.

A potem odebrali jej prawo jazdy.

Nie policja — lekarze. Wzrok zaczął ją zawodzić już w zeszłym roku, ukrywała to, zwiększała dawki kropli, mrużyła oczy na światłach. Wiosną na skrzyżowaniu przy Fordonie nie zauważyła pieszego — zdążyła wyhamować pół metra przed nim, ale to wystarczyło. Komisja lekarska, prawo jazdy oddała sama, zanim zmusili ją do tego siłą.

Pracy nie było. Emerytura — dwa tysiące sto złotych. Mieszkanie — kawalerka na Wyżynach, kupiona jeszcze z mężem, który umarł osiem lat temu. Córka mieszka we Wrocławiu, dzwoni raz w tygodniu, przyjeżdża na święta.

Tego września, kiedy lekarze powiedzieli ostateczne „nie", Kowalowa pierwszy raz od trzydziestu dwóch lat wsiadła do busa nie jako kierowca, a jako pasażerka. Na ostatnim siedzeniu, z laską, którą dostała przez chore kolano — o którym też milczała, jak długo mogła.

Linia ta sama, siedemnaście. Za kierownicą chłopak jakieś dwadzieścia pięć lat, nie znała go, nowy. W środku młodzież, kilka starszych pań, nastolatek ze słuchawkami.

Na przystanku przy Wyżynach podniosła rękę — sygnał dla kierowcy, iż wysiada, trzeba zatrzymać się bliżej krawężnika, bo z laską po dziurach w asfalcie się nie nabiega. Kierowca to zauważył, to nie — zatrzymał się szarpnięciem, metr od chodnika, w kałuży po wczorajszym deszczu.

— Babciu, podjedź pan kawałek — poprosiła.

— Babciu, mam rozkład — odpowiedział, choćby się nie odwracając.

Rozpoznała własne słowa. Słowo w słowo. Ten sam ton, jakim sama odcinała ludzi przez trzydzieści dwa lata.

Wysiadać musiała prosto w kałużę. Laska pojechała po mokrym asfalcie, kolano się ugięło, i upadła — niebolesnie, ale wstydliwie, na oczach pół busa. Dwóch chłopaków wyskoczyło, żeby pomóc jej wstać, kierowca choćby się nie obejrzał, odjechał zgodnie z rozkładem.

Siedziała potem na ławce przy klatce przez godzinę, patrząc na mokrą plamę na płaszczu i na laskę, która teraz wydawała się nie tylko sprzętem medycznym, ale czymś w rodzaju wyroku.

Córka Marta przyjechała z Wrocławia tego samego wieczoru, jak tylko sąsiadka powiedziała jej o upadku.

— Mamo, czemu sama włokłaś się do busa? Mówiłam — zamów taksówkę, ja zapłacę.

— Nie będę co chwilę pieniędzmi na taksówki szastać — burknęła Kowalowa. — Dwadzieścia złotych tam, dwadzieścia z powrotem, to sto sześćdziesiąt na tydzień.

— To ja zapłacę, ile razy mam powtarzać.

— Nie potrzebuję twojej litości.

Marta usiadła koło niej, wzięła matczyną rękę — suchą, z obrzmiałymi kostkami palców, które trzydzieści dwa lata ściskały kierownicę. Milczała chwilę.

— Mamo, a pamiętasz, jak mnie wysadziłaś z busa, jak miałam czternaście lat? Za to, iż z koleżankami za głośno się śmiałam.

— Było tak — Kowalowa patrzyła przez okno na podwórko, gdzie sąsiedzki kot właśnie przebiegał przez rabatkę z aksamitkami.

— A pamiętasz tę kobietę z wózkiem, którą zwymyślałaś na Fordonie? Ja jeszcze wtedy w kabinie siedziałam, z tobą jechałam.

— Pamiętam.

— Mamo, ty trzydzieści dwa lata wrzeszczałaś na ludzi, bo miałaś kierownicę i rozkład jazdy. A dzisiaj ten chłopak wrzeszczał na ciebie, bo ma tę samą kierownicę i ten sam rozkład.

Kowalowa milczała długo. Za oknem zapadał zmierzch, na sąsiednim podwórku ktoś wyprowadzał psa, gdzieś grał stary telewizor — wiadomości o dziewiątej.

— Myślałam, iż tak już będzie zawsze — powiedziała w końcu. — Za kierownicą. Młoda. Że mnie się będą bać.

— A teraz?

— A teraz jestem tą babcią z laską, którą wiozą jak bagaż.

Dwa tygodnie później Kowalowa poprosiła Martę, żeby ją odwiozła do firmy przewozowej, gdzie sama przepracowała trzydzieści dwa lata. Wzięła teczkę — świadectwo pracy, podziękowania za wieloletnią bezbłędną pracę, kopię uprawnień kierowcy kategorii D. W biurze dyrektora, pana Krzysztofa, z którym pracowała razem ostatnie dziesięć lat, położyła teczkę na biurku.

— Chcę, żeby pan wprowadził zasadę dla kierowców — powiedziała. — Formalną, w zarządzeniu. Zatrzymywanie się jak najbliżej krawężnika dla pasażerów z laską, wózkiem inwalidzkim, wózkiem dziecięcym. I żeby nowych tego uczyli na szkoleniu wstępnym, nie dla formalności, ale na serio.

— Pani Krystyno, mamy przecież regulamin obsługi pasażerów — zaczął dyrektor.

— Jest, tylko nikt go nie przestrzega. Ja sama trzydzieści dwa lata miałam go w nosie. Teraz chcę, żeby chociaż po mnie coś się zmieniło.

Dyrektor popatrzył na nią przez chwilę, potem kiwnął głową i zadzwonił do sekretarki — żeby przygotowała projekt zarządzenia.

Tego samego wieczoru Kowalowa zadzwoniła do młodej mamy z wózkiem — tej samej, którą dwa lata wcześniej zwymyślała na przystanku. Numer zachował się przypadkiem, w starym notesie dyspozytorskim, który dała jej na pamiątkę pani Basia. Długo się zastanawiała, zanim wybrała numer.

— Czy to Agnieszka? Pani mnie pewnie nie pamięta, a ja panią pamiętam. Jestem tą kierowcą, która na panią nakrzyczała dwa lata temu przez wózek na Fordonie.

Po drugiej stronie długa przerwa.

— Pamiętam — odpowiedziała tamta cicho.

— Nie proszę o przeprosiny przez telefon, to wychodzi jakoś tanio. Chciałam tylko powiedzieć — już nie jeżdżę. I w firmie od dzisiaj będzie nowe zarządzenie, o zatrzymywaniu się dla osób z dziećmi i laskami. Mój ostatni wkład, można tak powiedzieć.

Agnieszka milczała, potem powiedziała:

— Dziękuję, iż pani zadzwoniła.

Kowalowa odłożyła telefon, usiadła w kuchni pod oknem, za którym Bydgoszcz zasypiała w wieczornych światłach. Na stole leżała kopia zarządzenia, którą przywiozła jej Marta tego samego dnia — oficjalny formularz, podpis dyrektora, data. Papier, którego już nie mogła nazwać swoją trasą, ale który mógł stać się czyimś przepisem na lata do przodu.

Idź do oryginalnego materiału