Dzień, w którym straciłam męża, nie był tylko dniem jego odejścia. To był dzień, w którym utraciłam także wersję naszego małżeństwa, w którą wierzyłam. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Rano wyjechał do kilku wiosek — był wiejskim weterynarzem, podróżował służbowym busem, w kaloszach i po polskich wsiach. Po południu napisał, iż w Głuchowie złapała go ulewa i musi jeszcze odwiedzić kolejną wieś, ale potem wróci wcześniej na wspólną kolację. Prosiłam, żeby jechał ostrożnie. Później… nic już nie wiedziałam. Najpierw były plotki, potem telefon od kuzyna, iż była wypadek na drodze do wsi. Serca waliło mi jak młot. Potem potwierdzenie: bus wpadł w poślizg przez deszcz, wypadł z drogi i wylądował w rowie. Nie przeżył. Nie pamiętam, jak dotarłam do szpitala. Byłam tam, zamarznięta, słuchając lekarza. Rodzice męża płakali, dzieci pytały o tatę… a ja milczałam. W tym samym dniu, gdy jeszcze informowaliśmy rodzinę, pojawiło się coś, co złamało mnie jeszcze bardziej. Zaczęły pojawiać się posty na Facebooku. Pierwsza kobieta, której nie znałam, wstawiła zdjęcie — on ją obejmował — pisała, iż straciła miłość swojego życia. Potem druga, z innymi zdjęciami i słowami o „miłości, czasie, obietnicach”. Potem trzecia. Trzy różne kobiety — tego samego dnia — publicznie mówiące o relacji z moim mężem. Nie obchodziło ich, iż właśnie zostałam wdową. Nie obchodziło ich, iż moje dzieci straciły ojca. Po prostu ujawniały swoją prawdę, jakby oddawały mu hołd. Zaczęłam łączyć fakty. Jego częste wyjazdy, nieodebrane telefony, odległe wsie, wymówki o nocnych przypadkach. Wszystko zaczęło się układać w całość… która mnie odrzucała. Chowałam męża, odkrywając, iż prowadził podwójne, a może i potrójne życie. Czuwanie było jednym z najtrudniejszych momentów — ludzie składali kondolencje, a ja już widziałam te posty. Kobiety patrzyły dziwnie, szeptano, komentowano. Stałam tam z dziećmi, w głowie migotały obrazy, których nie chciałam. Po pogrzebie przyszła przerażająca cisza. Dom był pusty, ubrania wisiały, kalosze schły na podwórku, sprzęt w garażu. Żałoba mieszała się z ciężarem zdrady. Nie umiałam płakać za nim, nie myśląc o wszystkim. Po miesiącach zaczęłam terapię. Budziłam się rano z płaczem. Psycholog powiedział mi coś, co wyryło się w sercu: jeżeli chcę się uleczyć, muszę oddzielić w myślach mężczyznę, który zdradzał, ojca dzieci, człowieka, którego kochałam. jeżeli zobaczę tylko zdrajcę, ból zostanie we mnie. Nie było łatwo. Zajęło mi lata — z pomocą rodziny, terapeutki, z wieloma ciszymi chwilami. Nauczyłam się mówić dzieciom bez nienawiści. Nauczyłam się porządkować wspomnienia. Nauczyłam się puszczać gniew, który dławił mi oddech. Dziś minęło pięć lat. Dzieci urosły. Wróciłam do pracy, buduję życie na nowo: wyjścia, kawa, bez poczucia winy. Od trzech miesięcy widuję się z mężczyzną. Nie jest to szybka relacja, po prostu poznajemy się. Wie, iż jestem wdową. Nie zna wszystkich szczegółów. Idziemy powoli. Czasem łapię się na tym, iż opowiadam moją historię na głos — jak dziś. Nie po to, by się użalać, ale dlatego, iż pierwszy raz mogę mówić, nie czując pieczenia w klatce piersiowej. Nie zapomniałam. Ale przestałam żyć uwięziona w tamtym wydarzeniu. I choć dzień odejścia mojego męża zburzył cały mój świat, dziś mogę powiedzieć, iż nauczyłam się go budować od nowa — kawałek po kawałku — choć nigdy nie był już taki sam.

polregion.pl 8 godzin temu

Dzień, w którym straciłam mojego męża to nie był tylko dzień, w którym go zabrakło. To był dzień, kiedy straciłam też tę wersję naszego małżeństwa, w którą tak mocno wierzyłam. Wszystko wydarzyło się zbyt nagle.
Wyszedł wcześnie rano, tak jak często. Musiał przejechać przez kilka wsi w okolicach Włocławka. Był wiejskim weterynarzem pracował na umowach i większość tygodnia spędzał w trasie: badał bydło, szczepił zwierzęta, pomagał przy nagłych przypadkach. Byłam przyzwyczajona do szybkich pożegnań krótko, rzeczowo. Znałam ten widok: znikający w błotnistych kaloszach, torba narzędzi pod ręką i stary bus zapakowany po dach.
Tego dnia, około południa, napisał mi SMS-a, iż akurat jest w jednej z bardziej odległych wiosek, iż zaczęło bardzo padać i iż będzie jeszcze musiał pojechać do kolejnej jakieś pół godziny dalej. Zapowiedział, iż potem wraca prosto do domu, bo chciał się zjawić wcześniej, żebyśmy zjedli razem kolację. Odpisałam, żeby uważał, bo ulewa była naprawdę silna.
Potem… zapanowała cisza. Do popołudnia nie wiedziałam nic.
Najpierw pojawiła się plotka. Zadzwoniła znajoma z pytaniem, czy wszystko u mnie w porządku. Zupełnie nie rozumiałam. Potem zadzwonił jego kuzyn iż doszło do wypadku na drodze do tej wsi. Serce zaczęło mi walić tak mocno, iż myślałam, iż zemdleję. Kilka minut później przyszło potwierdzenie: bus, którym jechał, poślizgnął się na mokrej nawierzchni, wypadł z drogi i wpadł do rowu. Nie przeżył.
Nie pamiętam, jak dotarłam do szpitala. Wiem tylko, iż siedziałam na plastikowym krześle z lodowatymi dłońmi, a lekarz mówił do mnie rzeczy, których mózg nie potrafił przyswoić. Moi teściowie byli zdruzgotani. Dzieci pytały, gdzie jest tata a ja nie byłam w stanie odpowiedzieć.
I właśnie tamtego dnia choćby zanim zdążyliśmy zawiadomić całą rodzinę wydarzyło się coś, co złamało mnie tak, jak nie potrafię opisać.
W sieci zaczęły pojawiać się wpisy.
Pierwszy był od kobiety, której nigdy nie spotkałam. Dodała zdjęcie z jednej z wsi on ją obejmował i napisała, iż jest załamana, iż straciła miłość życia, iż jest wdzięczna za każdą chwilę spędzoną razem.
Wydawało mi się, iż to pomyłka.
Potem kolejny post. Inna kobieta, inne zdjęcia, żegnała się z nim i dziękowała za miłość, czas, obietnice.
I potem trzeci wpis.
Trzy różne kobiety. Ten sam dzień. Publiczne wyznania o swojej relacji z moim mężem.
Nie interesowało ich, iż właśnie zostałam wdową. Nie obchodziło ich, iż dzieci straciły ojca. Nie liczyli się z bólem moich teściów. Po prostu wykładali na wierzch swoją prawdę, jakby składały mu hołd.
I wtedy zaczęłam składać te puzzle.
Jego ustawiczne wyjazdy. Godziny bez kontaktu. Odległe wsie. Wymówki o spotkaniach, nagłych przypadkach w nocy. Wszystko zaczynało układać się w obraz, od którego robiło mi się niedobrze.
Grzebałam męża, poznając jednocześnie, iż prowadził podwójne… a może choćby potrójne życie.
Czuwanie było jednym z najcięższych momentów. Ludzie składali mi kondolencje, choć nie wiedzieli, iż widziałam te wpisy. Kobiety spoglądały na mnie dziwnie szeptano, komentowano po cichu. Stałam pomiędzy tym wszystkim, próbując trzymać dzieci, a w głowie pojawiały się obrazy, których nigdy nie chciałam widzieć.
Po pogrzebie przyszła cisza wręcz królewska.
Dom był pusty. Jego ubrania dalej wisiały w szafie. Kalosze całe w błocie schły na podwórku. Narzędzia weterynaryjne leżały w garażu.
I z żałobą pojawił się ciężar zdrady.
Nie potrafiłam płakać po nim szczerze, bez myśli o tym wszystkim.
Kilka miesięcy później zaczęłam terapię, bo nie mogłam spać. Budziłam się rano zapłakana. Psycholog powiedziała mi coś, co pamiętam do dziś: jeżeli chcę wyzdrowieć, muszę rozdzielić w głowie mężczyznę, który zdradzał, ojca moich dzieci i człowieka, którego kochałam. jeżeli będę widzieć w nim tylko zdrajcę, ból zostanie we mnie na zawsze.
To nie było proste.
Zajęło mi to lata.
Z pomocą bliskich, terapii, długiego milczenia. Uczyłam się mówić dzieciom o tacie bez nienawiści. Uczyłam się układać wspomnienia. Uczyłam się wypuszczać gniew, który odbierał mi tlen.
Dziś minęło już pięć lat. Dzieci dorosły. Ja wróciłam do pracy, odbudowałam codzienność, zaczęłam wychodzić sama, pić kawę w Żabce bez poczucia winy.
Trzy miesiące temu zaczęłam spotykać się z pewnym mężczyzną. To nie jest szybka relacja, poznajemy się powoli. Wie, iż jestem wdową. Nie zna wszystkich szczegółów. Idziemy małymi krokami.
Czasami łapię się na tym, iż mówię swoją historię na głos tak jak dziś. Nie po to, by się nad sobą użalać, ale dlatego, iż czuję, jak pierwszy raz mogę mówić, nie czując ognia w piersiach. Nie zapomniałam, co się wydarzyło. Ale nie jestem już więźniem tamtych dni.
I choć dzień, w którym odszedł mój mąż, zburzył całe moje życie dziś mogę powiedzieć, iż nauczyłam się budować je od nowa, kawałek po kawałku choć nigdy nie będzie już takie samo.

Idź do oryginalnego materiału