Trzeba powołać polityczne ZOMO!

patrzymy.pl 1 godzina temu

Ze wszystkich służb mundurowych zdecydowanie najmniejszym szacunkiem cieszy się Policja. Czy w tym jest więcej przypadku, niewdzięcznej roli, niewdzięczności obywateli, czy winy samych funkcjonariuszy? Wydaje się, iż tylko przypadek z tej listy można z czystym sumieniem i zachowaniem obiektywizmu wykluczyć. Pozostałe składowe tworzą dość precyzyjną diagnozę, chociaż warto pamiętać, iż w poszczególnych przypadkach lub jak kto woli działaniach i interwencjach Policji, proporcje nieustannie się zmieniają.

Bywa tak, iż policjanci dostają za wszystko i w dodatku na oślep, w rytm kibicowskiego hasła „zawsze i wszędzie Policja jeb..a, będzie”, ale nie brakuje też przypadków przekraczania uprawnień, łącznie z tragicznymi skutkami i te ostatnie z oczywistych względów są najbardziej nagłaśniane. pozostało jeden istotny element, który od wielu lat w dużym stopniu wpływa na wizerunek Policji i oceny funkcjonariuszy, tym elementem jest polityka. Służby mundurowe od zawsze były wykorzystywane w celach politycznych, ale od dwóch dekad stało się tak nagminne, iż zwyczajnie przerodziło się w czystą politykę. Doskonale to widać na przykładzie miesięcznic smoleńskich, najpierw Policja przymykała oko na skandaliczne wyczyny zadymiarzy od Palikota, potem Policja eskortowała Jarosława Kaczyńskiego i resztę żałobników z PiS, a dziś znów nastąpił powrót do korzeni i Policja chroni bandziorów, takich jak Arkadiusz Szczurek.

Każda z tych radykalnych zmian strategii nie była wynikiem wewnętrznej analizy w Stołecznej Komendzie Policji, ale odgórnej decyzji politycznej, która przebiega według tego samego klucza. W pierwszej kolejności sygnał daje sama góra, premier, minister lub inny istotny przedstawiciel władzy, potem dzwoni telefon na biurku Komendanta Głównego Policji, ten z kolei dzwoni do Komendanta Stołecznego Policji, a dalej podlegli oficerowie podejmują jedynie słuszne decyzje powierzając ich realizację „zwykłym” funkcjonariuszom. Łatwo wskazać kto jest w tym łańcuszku ostatnim ogniwem i kto zbiera największe baty, chociaż z całą pewnością „zwykli” funkcjonariusze woleliby szlifować chodniki albo zbierać nietrzeźwych z parkowych ławek, aniżeli biegać za politykami i demonstrantami. Na taki komfort liczyć nie mogą, szczególnie warszawscy policjanci, dlatego na zmianę dostają po grzbiecie, w zależności od tego, która opcja aktualnie rządzi.

ZOMO i Gestapo, to rytualne wyzwiska rzucane w stronę policjantów, raz krzyczą „wściekłe macice” innym razem „prawi kochani”, jeszcze innym „wolnościowcy” z narodowcami. Teoretycznym, ale też bardzo naiwnym wyjściem z tej matni jest odpolitycznienie i uniezależnienie Policji, w to jednak wierzą tylko idealiści, niekoniecznie trzeźwi. Istnieje też rozwiązanie praktyczne, które zaprowadziłoby porządek i poprawiło wizerunek większości oddziałów Policji. Po prostu trzeba odtworzyć peerelowskie ZOMO, z jedną podstawową korektą, ten oddział nie miałby prawa strzelać do ludzi i stosować przemocy. Wszystko inne pozostaje na swoim miejscu, do oddziału rotacyjnie zgłaszają się ochotnicy, a rotacja zależy od preferencji politycznych. Władza bierze pełną odpowiedzialność za funkcjonowanie oddziału, opozycja w ramach prawa walczy z ZOMO. Po zmianie władzy stary oddział z automatu podlega likwidacji i w jego miejsce powołuje się nowych ochotników.

Ważne w tym projekcie jest to, iż wszystkie pozostałe oddziały Policji powinny mieć ustawowy zakaz udziału w ochronie imprez masowych o charakterze politycznym, jak również nie mogą brać udziału w zatrzymywaniu, czy legitymowaniu polityków i zwolenników poszczególnych partii. Gdyby ZOMO w takiej formie powstało, paradoksalnie zniknęłaby większość problemów obywateli i samych policjantów. Szanse na to są jednak niewielkie, bo taki polityczny oddział Policji musieliby powołać sami politycy, a im prawdziwe intencje nie przejdą ani przez usta, ani przez przyciski do głosowania.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału