Drugi kierowca polskiego autokaru, który uległ tragicznemu wypadkowi na Węgrzech, opowiedział o dramatycznej akcji ratunkowej i pierwszych chwilach po zdarzeniu. Odniósł się również do kierowcy, który został aresztowany na 30 dni. - Szkoda tego człowieka. Rozmawiałem choćby tam z ludźmi, to nikt nie ma pretensji do niego - mówił w rozmowie z TVN24.
:Szkoda człowieka". Drugi kierowca zabrał głos po wypadku

W momencie wypadku drugi kierowca autokaru odpoczywał w wygłuszonym miejscu znajdującym się przy środkowych drzwiach pojazdu. Jak relacjonował w rozmowie z TVN24, początek zdarzenia pamięta jedynie fragmentarycznie.
- Od samego początku to już lekka mgła. Dopiero później, kiedy autobus już zaczyna się przechylać i uderza, w tej kabinie poczułem się jak w pralce. Zorientowałem się, iż jest tragedia, wypadek. Jest moment, kiedy trzeba uciekać z tej kabiny - mówił w rozmowie z TVN24.
"Wyłamaliśmy wyjścia dachowe". Kierowca o akcji po wypadku na Węgrzech
Jak opowiadał, po wypadku pasażerowie, którzy byli w stanie się poruszać, zaczęli pomagać pozostałym osobom wydostać się z pojazdu.
- Wyłamaliśmy wyjścia dachowe, awaryjne i kto był najbardziej silny, sprawny, wyskoczył i pomagaliśmy wychodzić. Najpierw od środka kilka osób, a potem już sam wyszedłem i pomagałem osobom, które miały na tyle siły, żeby jeszcze pokonać ten metr różnicy wysokości do tego okna dachowego, wyciągnąć. Pozostałe osoby, które były ciężej ranne albo przygniecione przez siedzenia, wyciągaliśmy dołem - relacjonował.
ZOBACZ: Tragedia polskiego autokaru, cztery ofiary z jednej wsi. Sołtys: Czarny dzień w historii
Mężczyzna mówił również o pomocy udzielanej poszkodowanym już po wypadku. W jego ocenie szczególnie istotną rolę odegrali wolontariusze. To dzięki nim starsze i schorowane osoby mogły przekazać węgierskim lekarzom informacje m.in. o przyjmowanych lekach.
Krytycznie odniósł się natomiast do wsparcia zapewnionego przez stronę polską. Jak stwierdził, polscy tłumacze "tylko odbierali telefony i na tym się kończyło". Zdaniem kierowcy większa obecność przedstawicieli polskiej strony oraz polskich lekarzy mogłaby ułatwić opiekę nad poszkodowanymi i poprawić komunikację na miejscu.
- Węgierska strona robi co może, chociaż uważam, iż gdyby było większe wsparcie polskiej strony, ambasady, polskich lekarzy tam na miejscu, to obsługa byłaby dla ludzi milsza, bezpieczniejsza i może by to wszystko przebiegało bardziej sprawnie - ocenił.
Śledztwo po wypadku polskiego autokaru na Węgrzech. Areszt dla kierowcy
Do tragicznego wypadku doszło w nocy z soboty na niedzielę. Autokarem podróżowali pielgrzymi z Podkarpacia. Wracali oni do kraju z Medjugorie w Bośni i Hercegowinie.
Wstępne ustalenia wskazują, iż pojazd z niewyjaśnionych dotąd przyczyn zjechał z pasa ruchu na pobocze węgierskiej autostrady M3, a następnie przewrócił się. Pojazdem podróżowało 59 osób, zginęło 12 z nich.
ZOBACZ: "Wszyscy krzyczeli". Dramatyczna relacja poszkodowanej w wypadku
W poniedziałek wieczorem na lotniku Rzeszów-Jasionka wylądował samolot z pierwszą grupą 21 poszkodowanych. 16 z nich odesłano do domów, a pięciu znajduje się pod opieką specjalistów. We wtorek wiceszef MSZ Wojciech Zajączkowski przekazał, iż jeszcze kilkunastu rannych przebywa w szpitalach w czterech miastach na Węgrzech.
W związku z tragedią Prokuratura Okręgowa w Krośnie wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym ze skutkiem śmiertelnym.
We wtorek popołudniu rozpoczęło się posiedzenie węgierskiego sądu w Miszkolcu ws. kierowcy autobusu z polskimi pielgrzymami. Jak przekazała reporterka Polsat News Klaudia Syrek, zdecydowano o 30-dniowym areszcie dla mężczyzny. Podejrzany nie złożył jeszcze wyjaśnień. Drugi kierowca przyznał w rozmowie z TVN24, iż aresztowany mężczyzna był "nad podziw rzetelny, uczciwy, uczynny na każde jakieś potrzeby".
- Szkoda tego człowieka. Rozmawiałem choćby tam z ludźmi, to nikt nie ma pretensji do niego - mówił.













