Tzw. anonimizacja wizerunku i pełnych personaliów sierżanta Antoniego P. wynika nie z obawy przed procesem sądowym ale z przekonania, iż jego działanie miało oczywiste cechy nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego i jako takie kwalifikuje się do skorzystania z policyjnej praktyki postępowania wobec osób podejrzanych o przestępstwo. Zainteresowanych odtajnieniem bohatera tej publikacji odsyłamy do materiału, w którym występuje on w pełnej krasie, a choćby z dumą, patrz „Z PASJI DO MUNDURU I MIŁOŚCI DO SPORTU”. To nie była stłuczka, a choćby tzw. obcierka. Ot, zwykłe muśnięcie jednego zdrerzaka o drugi, bez najmniejszych śladów, choćby zadrapania. Powód? Prozaiczny, co nie znaczy do zlekceważenia. Podczas krótkich postojów (np. przed sygnalizacją świetlną) za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów mam zwyczaj pozostawiania jej w trybie „D” (Drive), dającym możliwość niezwłocznego ruszenia już po zdjęciu nogi z pedału hamulca. Ta zasada sprawdzała się z powodzeniem przez dziesięciolecia ale kiedyś musiał nastąpić przykry wyjątek.
Nastąpił w grudniowy poranek na jednej z gdańskich ulic, właśnie w oczekiwaniu na zielone światło. Pokryta cienką warstwą lodowo-błotnej mazi podeszwa buta zsunęła się z pedału hamulca i mój samochód ruszył z prędkością jaką są w stanie zapewnić najniższe obroty silnika, czyli około 2-3 km/h. Wystarczyło jednak do pokonania metrowego dystansu oraz lekkiego puknięcia w zderzak samochodu poprzedzającego. I to był mój pech pierwszy.
Prowadzącą samochód marki Skoda Fabia, bogato oklejony jakimiś reklamami, okazała się Anna Ch., mobilna akwizytorka rozwożąca m.in. napoje energetyczne, zasadnie zwane „mózgotrzepami„. I to był mój pech drugi, bowiem owa pani, jak okazało się później, była leczona psychiatrycznie, co może tłumaczyć jej zaskakującą reakcję na moją propozycje ugody. Nie widząc żadnych śladów uszkodzeń na zderzaku Skody, a tym bardziej jakiegokolwiek naruszenia cielesności pani Anny, zaproponowałem ugodę; sto złotych tytułem rekompensaty za stratę czasu i rozjeżdżamy się w zgodzie.
Dodam przy okazji, iż takie rozwiązania w mojej, trwającej ponad pół wieku biografii kierowcy – od Fiata 126p po samochody ciężarowe – akceptowałem wielokrotnie, choć dotychczas tylko w charakterze poszkodowanego. Więcej, gdy np. pewna roztargniona panna przywaliła swoim nowiutkim Fordem Focusem w hak holowniczy mojego Opla Movano w ogóle odstąpiłem od jakichkolwiek, choćby kilkudziesięciozłotowych roszczeń. Podziękowanie, a dodatkowo serdeczny uścisk urodziwej sprawczyni tej „kolizji” były dla mnie zdecydowanie większą gratyfikacją niż kasa na odmalowanie zadrapanego haka.
Nie wiem, co zadziałało w wypadku Anny Ch.; wypijane „mózgotrzepy” czy leki zaordynowane przez psychiatrę. Pozostaje faktem, iż zamiast ugody wybrała interwencję policyjną. Ten wybór przyjąłem wyłącznie w kategoriach dodatkowej straty czasu. Z długoletniej praktyki dziennikarza motoryzacyjnego, wzmocnionej licznymi werdyktami sądowymi, spodziewałem się co najwyżej pouczenia lub symbolicznego mandatu.
Niestety, to był mój pech trzeci, zdecydowanie największy. Do obsługi zdarzenia przyjechał radiowozem duet funkcjonariuszy, w którym rolę przewodnią pełnił sierżant Antoni P. (patrz: zdjęcie otwierające tekst). Nie ukrywam, iż z racji ponad półwiekowego doświadczenia jako kierowcy, byłem zaskoczony tak nietypową posturą policjanta ruchu drogowego w kontekście – by użyć staropolskiego języka – jego, iście nikczemnego wzrostu. Coś jakby kieszonkowy pancernik typu „łatwiej przeskoczyć niż obejść”.
Do rzeczy… Sierżant P. wziął mój dowód tożsamości, poszedł do radiowozu, posiedział tam niepokojąco długo – zważywszy na czas potrzebny do sprawdzenia, czy mam ważne prawo jazdy i nie przekroczony limit punktów karnych – po czym wrócił i stwierdził autorytatywnie: „Panie kierowco, wykroczenie jest bezdyskusyjne. Proponuję mandat w wysokości 5 tys. zł i 10 punktów karnych. Zgadza się Pan, czy idziemy do sądu?”.
Rzadko mi się to zdarza ale tym razem oniemiałem. Po prostu – nie mogłem rozszyfrować kogo mam przed sobą; wyjątkowego debila w mundurze czy np. bezczelnego, gdyż bezkarnego egzekutora poleceń swoich banderowskich przełożonych (z niejakim Tomaszem Siemoniakiem, koordynatorem służb specjalnych III RP na czele) wobec kierowcy odnotowanego w bazie danych – stąd prawdopodobnie tak długie sprawdzanie – jako redaktor portalu demaskującego zbrodnie kresowej dziczy nie tylko na Wołyniu?
Oczywiście, wybrałem wariant sądowy i od razu przystąpiłem do niezbędnej rejestracji okoliczności zdarzenia. Fotograficznie uwieczniłem, po pierwsze – fizjonomię „stróża prawa”, po drugie – zupełny brak śladów „spustoszenia” na zderzaku Skody. Reakcja sierżanta była zdecydowana ale dosyć prymitywna. Najpierw zagroził mi wytoczeniem sprawy sądowej, jeżeli opublikuję jego wizerunek, a następnie zakwalifikował fotografie pokazujące – po usunięciu brudu chusteczką – zderzak Skody w stanie nienaruszonym jako… zacieranie dowodów.
Przysłonięta twarz funkcjonariusza, otwierająca niniejszy tekst mogłaby sugerować, iż jednak wystraszyłem się sądowej groźby. Otóż, nic z tych rzeczy. Antoni P. w swojej bezczelności lub tępocie (albo łącznie w obydwu), nie uwzględnił faktu, iż wywalczone w czasie tzw. pandemii przez nielicznych ale wpływowych policyjnych bandytów prawo do utajniania ich wizerunków podczas akcji, np. rzucania na ziemię starszych kobiet za brak szmaty na twarzy, akurat nie dotyczy funkcjonariuszy udzielających się publicznie i znanych ze swoich zajęć poza służbą, m.in. jako tzw. celebryci.
A sierżant P. dał się poznać w takiej właśnie, publicznej odsłonie jako mistrz podnoszenia ciężarów w starszych kategoriach wiekowych, przeznaczonych dla zrekompensowania poczucia niedosytu osiłkom, którym w okresie normalnej kariery sportowej jakoś nie wyszło. Dzięki temu wyjątkowi od popandemicznej cenzury, każdy zainteresowany może poznać Antoniego P. w całej okazałości, włącznie z pełnymi personaliami i wzrostem zgrabnie skonfrontowanym z wysokością policyjnego Volkswagena Transportera. Szczegóły do obejrzenia w materiale dostarczonym m.in. naszej redakcji przez zespół prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku pod wymownym tytułem „Z PASJI DO MUNDURU I MIŁOŚCI DO SPORTU”. Wystarczy kliknąć w ten link.
Odpowiem również na ewentualne pytanie o powody nie skorzystania z powyższej, uprawnionej prezentacji w moim materiale. Otóż utajniona czarnym paskiem część twarzy i zatajenie pełnego nazwiska jest zabiegiem standardowo stosowanym przez Policję w odniesieniu do osób podejrzanych o przestępstwo. I to pasuje mi bardzo do postępowania Antoniego P., opisanego jako tzw. przestępstwo urzędnicze polegające na nadużyciu uprawnień i określone w art. 231 § 1 Kodeksu karnego. Przytaczam ten paragraf w całości: „Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze więzienia do lat 3”.
Do powyższej wykładni prawa nawiązałem w piśmie do Mateusza Dziedzica, naczelnika Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku, zarzucając jego podwładnemu Antoniemu P. :
Po pierwsze:
Świadomą nadinterpretację zdarzenia w świetle obowiązujących przepisów prawa, w tym art. 86 pkt 1 Kw, mimo, iż pojęcie kolizji zostało wielokrotnie wyjaśnione zarówno w komentarzach rzeczoznawców, jak i w prawomocnych wyrokach sądowych dostępnych powszechnie od wielu lat.
Po drugie:
Manipulowanie materiałem dowodowym poprzez uznanie zabrudzeń na zderzaku samochodu marki Skoda jako śladów rzekomych uszkodzeń, choć te zniknęły bezpowrotnie po użyciu… papierowej chusteczki, patrz zdjęcie poniżej.
Po przetarciu chusteczką „uszkodzony” zderzak Skody wyglądał tak, jakby auto wyjechało dopiero z salonu.Po trzecie:
Sugerowanie kobiecie kierującej Skodą pogorszonego stanu zdrowia mimo, iż podczas pierwszej konfrontacji z policją – także w mojej obecności – nie wspomniała o tym ani słowem. Tu dołączyłem wymowne zdjęcie z momentu, gdy sierżant P. poucza kobietę co trzeba zrobić, aby z bezśladowego dotknięcia zderzaków samochodowych uczynić choćby nie kolizję ale wypadek z ofiarami w ludziach…
Po czwarte:
Bezpodstawne straszenie mnie konsekwencjami w postaci mandatu w wysokości 5 tys. zł oraz dopisania 10 punktów karnych, co wyraźnie wskazywało na próbę zastraszenia kierowcy i zmuszenia go do godzenia się na wersję przedstawioną przez funkcjonariusza.
A efekt tej skargi? Zerowy.
Z niemałym wprawdzie trudem ale udało mi się wyezgzekwować dostęp do akt sprawy sporządzonych przez Antoniego P. i jego współpracowników z gdańskiej „drogówki”. Ich lektura dowodzi, iż włożono sporo wysiłku, aby spreparować jedynie słuszną wersję zdarzenia, włącznie z przypisaniem mi obrażeń odniesionych jakoby przez Annę Ch. w wyniku „kolizji”.
Zacznijmy od tego ostatniego, najważniejszego wątku. Tu szczególnie dotkliwym kopniakiem dla policyjnego krętacza okazała się opinia biegłego sądowego z zakresu medycyny sądowej Wojciecha M., który na podstawie otrzymanej dokumentacji lekarskiej Anny Ch. stwierdził m.in., iż wymienione przez nią urazy kręgosłupa i barku lewego nie zostały potwierdzone wymaganym opisem zmian pourazowych i nie spowodowały naruszenia czynności narządów ciała bądź rozstroju zdrowia.
Ponadto w przeprowadzonym wywiadzie odnotowano informację pacjentki, iż leczy się psychiatrycznie. A propos tego wątku… Nie znalazłem w policyjnej dokumentacji jakiegokolwiek wniosku np. o potrzebie zbadania „poszkodowanej” pod kątem wpływu jej choroby psychicznej na bezpieczeństwo ruchu drogowego.
Dziwnym trafem inny funkcjonariusz, Grzegorz T. dokonał analizy zabezpieczonego nagrania z kamery monitoringu miejskiego w rejonie „kolizji” i stwierdził, iż akurat jej momentu nie zarejestrowała. prawdopodobnie zepsuła się w tej chwili lub samowolnie odwróciła w drugą stronę…
Z perpektywy czasu obydwa przypadki wyglądają choćby zabawnie ale proszę wyobrazić sobie sytuację przeciętnego kierowcy, który nie ma takiej determinacji, wiedzy, doświadczenia i przede wszystkim odwagi w demaskowaniu policyjnych oszustów.
O przebiegu samego procesu sądowego pisał szczegółowo nie będę. Po prostu – jedna wielka farsa podczas której niezawiśli ponoć sędziowie dwoili się i troili, aby udowodnić, iż policjant musi mieć zawsze rację. Najpierw sędzia Janusz S. z II Wydziału Karnego Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ w trybie nakazowym, czyli zdalnie skazał mnie na grzywnę w wysokości 800 zł i kwotę 180 zł „tytułem zryczałtowanych wydatków, opłaty oraz badania na zawartość alkoholu”. Chociaż ten wymiar kary finansowej był ponad pięciokrotnie niższy od „zaproponowanego” przez Antoniego P., postanowiłem drążyć temat dalej.
W przepisowym terminie wniosłem sprzeciw od powyższego wyroku, wnioskując o rozpoznanie sprawy na zasadach ogólnych, pozwalających m.in. na dostarczenie dodatkowych dowodów, które moim zadniem powinny doprowadzić do całkowitego uniewinnienia. Wniosek został uwzględniony, dzięki czemu mogłem wyegzekwować od Sądu zapis nagrań z tzw. kamer nasobnych obydwu funkcjonariuszy (Antoniego P. oraz Oskara K.) obsługujących zdarzenie.
Było co oglądać, a zwłaszcza posłuchać. Ot, choćby taki komentarz pod moim adresem, wygłoszony w radiowozie i nawiązujący do mojej wcześniejszej odpowiedzi na pytanie o zawód:
„Głupi, kurwa… On jest inżynieeeeereeem!”
Albo taka wymiana zdań między stróżami prawa i porządku:
„… My to rozliczymy…
Weźmiemy techników, zrobimy zdjęcia…
Jest akcja, jest reakcja…
Jest kontakt, jest kolizja…”
Niestety, z powyższych deklaracji nic nie wyszło. Nie wzięli techników, nie zrobili zdjęć. Uznali być może, iż ich wersja okaże się wystarczająca.
Rozpatrujący sprawę w trybie zwykłym sędzia Sebastian G. z tego samego wydziału Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ nie raczył odnotować powyższego zaniechania funkcjonariuszy w kwestii wykonania dokumentacji fotograficznej. Zbył również milczeniem mój wniosek dowodowy w postaci informacji Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku z 13 marca 2024 roku, która z satysfakcją odnotowała dziękczynnego e-maila od 42-letniej obywatelki Białorusi ale już z rocznym stażem w roli obywatelki Polski.
Kobieta uderzyła swoją Mazdą w tył Volkswagena powodując „niewielkie zarysowanie” na jego zderzaku. I co dalej? Tu zacytuję dosłownie: „Funkcjonariusze wykazali się ogromną empatią i pouczyli kobietę za popełnione wykroczenie”. No proszę, a niżej podpisanego choćby brak zarysowań zderzaka nie uchronił od zaproponowanego mandatu w wysokości 5 tys. zł i 10 punktów karnych jako „premii” dodatkowej. Może dlatego, iż jest obywatelem Polski od urodzenia czyli od lat ponad siedemdziesięciu.
Sędzia Sebastian G. postawił jednak na wariant uznania za wiarygodne zeznania funkcjonariusza policji Antoniego P. podtrzymując wyrok wydany w trybie nakazowym ale ze zmniejszeniem wysokości grzywny do 200 zł. Uznałem, iż na dalszą walkę szkoda czasu. Zwłaszcza, iż konsekwencja w wymiarze 10 punktów karnych pozostała bez zmian, a roczny czas do ich zatarcia biegnie dopiero od wyroku prawomocnego, czyli bez apelacji. Ponadto, zaoszczędzenie kwoty 4,8 tysiąca złotych oraz kolejne doświadczenie, które można przekazać publicznie innym kierowcom to też niebagatelna wartość.
A pozostało mój osobisty komentarz na marginesie tej sprawy i to w przynajmniej dwóch aspektach. Pierwszy dotyczy mechanizmów rekrutacji do pracy w charakterze funkcjonariusza „drogówki”. W latach 70-ych ubiegłego wieku, a więc w realiach PRL-u czyli żydokomuny felernej (czytaj: z mniejszymi niż dzisiaj wpływami żydochazarskiej dziczy), aby zostać milicjantem ruchu drogowego oprócz matury, niekaralności i dobrej opinii w miejscu zamieszkania trzeba było wykazać się wzrostem nie mniejszym niż 175 cm.
Według danych GUS od tamtej pory przeciętny wzrost Polaka podniósł się o 9 cm, dokładnie z 171 do 180 cm. Sugerowałoby to limit dla „drogówki” nie mniejszy niż 184 cm. Na moje, dosyć wprawne oko sierżant Antoni P. mierzy nie więcej niż 165 cm, co w czasach PRL-u uchodziło za cechę dyskwalifikującą do jakiejkolwiek służby w szeregach ówczesnej Milicji Obywatelskiej.
Pytałem kompetentnych przedstawicieli obecnej Policji o powody tak daleko idącej tolerancji w wymaganiach co do postury funkcjonariuszy ruchu drogowego. Usłyszałem o problemach rekrutacyjnych z naborem rosłych kandydatów. Czy rzeczywiście tak jest? A może to kwestia znana np. z przetargów na samochody dla instytucji państwowych lub samorządowych, gdzie kryteria ustala się pod produkt, który ma wygrać i to bez względu na jego cenę, wyposażenie i parametry techniczne? Może właśnie obecnym, POPiS-owym rządom zależy na zapełnieniu tzw. resortów siłowych stepowymi rezunami, kozakami i żydochazarami o wzroście znacznie poniżej średniej polskiej? Przy okazji; na mojej niewielkiej uliczce w Gdańsku mam za sąsiadów trzech młodzieńców w wieku od 18 do 23 lat, z których każdy mierzy około 190 cm, a więc znacznie powyżej średniej GUS-owskiej. Skąd zatem taka inwazja kurdupli, w dodatku – uzbrojonych w broń ostrą, służbowe legitymacje i wsparcie kasty sądowniczej?
Nie sposób pominąć w tym wypadku analogii z bohaterem tego tekstu. Antoni P. zasilił bowiem szeregi „drogówki” nie tylko mimo rażąco niskiego wzrostu oraz pochodzenia z powiatu nowodworskiego, znanego jako matecznik banderowców przesiedlanych w ramach „Akcji Wisła”. Nie bez znaczenia są także takie przypadłości jak zaawansowany wiek rozpoczęcia policyjnej służby (34 lata) oraz jej początek, przypadający w okresie tzw. pandemii, gdy znacznie wzrósł popyt na dyspozycyjnych i bezwzględnych funkcjonariuszy, niekoniecznie polskiej narodowości, a choćby – wprost przeciwnie. Casus wspomnianego wcześniej T. Siemoniaka – Ukraińca o probanderowskich sympatiach, stojącego na czele służb specjalnych to nie przypadek bynajmniej ale wymowny znak.
Uważajmy zatem, kto nas legitymuje i przestrzegajmy kilku zasad sprawdzonych osobiście przez niżej podpisanego. W przypadku kontroli drogowych są one następujące:
– zatrzymujmy się w miejscach jasno oświetlonych, objętych monitoringiem i z licznymi świadkami (stacje paliw, przydrożne ale nie opustoszałe parkingi, centralne punkty miejscowości itp.),
– starajmy się rejestrować wszelkimi możliwymi sposobami (telefon, kamera w samochodzie, dyktafon) przebieg policyjnej interwencji,
– odpowiadajmy i zadajmy pytania tonem głośnym i wyraźnym, zrozumiałym także dla osób postronnych przebywających w pobliżu,
– nie dajmy się sprowokować do gwałtownych reakcji (choćby gestykulacji), dających pretekst funkcjonariuszom do działania „w obronie własnej” i „użycia środków przymusu bezpośredniego i broni”,
– wszelkie podejrzenia co do zachowania kontrolujących przekazujmy na numer alarmowy „112” pod którym rozmowy rejestrowane są w sposób trudny do usunięcia.
Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(24.03.2026)
P.S.
Tytułowy „konus” to kresowe określenie człowieka niskiego wzrostu, znane m.in. z komedii „Sami swoi”, gdzie liczący ledwie 165 cm wzrostu Pawlak przewrotnie wyzywał od konusów swojego sąsiada Kargula, przewyższającego go o – bagatela! – całe 20 cm.
H. Jez.








