Przecież mnie nigdy nie kochałaś. Bez miłości wyszłaś za mnie za mąż. A teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem…
Nigdzie cię nie zostawię! powiedziała z przekonaniem Mariola, obejmując Grzegorza. Jesteś najlepszym facetem! Za nic cię nie zostawię…
Grzegorz nie potrafił w to uwierzyć. Humor miał z tych raczej listopadowych.
Mariola była mężatką przez dwadzieścia pięć lat, a przez cały ten czas nie przestawała się podobać mężczyznom. Już jako nastolatka królowała w okolicy nie była klasyczną pięknością, ale chłopakom jakoś to nie przeszkadzało.
Zresztą, w podstawówce prawie wszyscy chłopcy ganiali właśnie za Mariolą. A przecież do miss nie należała.
Nie rozwiodła się z mężem, choć był postacią mocno… kontrowersyjną.
Nie, Mariola wytrwała z Waldemarem aż do końca jego dni. Córkę wychowali, wydali za mąż. Jej zięć, młody Michał, zabrał Darię do Mediolanu, teraz przysyłają Marioli ładne zdjęcia i zapraszają ją w odwiedziny. Ale jakoś z Waldkiem nigdy nie zdecydowali się tam wybrać Może teraz się kiedyś wybierze. Waldka już nie ma.
Mąż Marioli zginął w wypadku samochodowym. Tak zupełnie bez sensu. Potem tylko Marioli powiedzieli, iż prawdopodobnie po prostu źle się poczuł za kierownicą. Serce, stracił panowanie, rozbił się.
Może stracił przytomność? zgadywała Mariola.
Już się tego nie dowiemy westchnęła jej przyjaciółka, lekarka Kasia. Oficjalna przyczyna: liczne obrażenia nie do pogodzenia z życiem.
Mariola była w szoku. Dobrze, iż była przy niej przyjaciółka wszystko pomogła zorganizować.
Waldka pochowali i została Mariola sama w dużym domu, który budowali z mężem przez całe życie.
No niby dla dwóch osób, a jak goście wpadli, to wcale nie taki wielki. Ale dla jednej… zwłaszcza kobiety to był już kloc, a czasem i przekleństwo.
Dom to dom. Tu czasem trzeba męskiej ręki.
Daria przyjechała na pogrzeb ojca. Z miejsca zaczęła rozmowę o sprzedaży domu, zakupie mieszkania i możliwym przeprowadzce Marioli do Włoch.
O nie! Mariola aż aż podskoczyła. Ten dom to moje dziecko. Po to go budowałam, żeby sprzedać? I na waszą Italię nie chcę jechać. Wiem, jak tam jest…
Mamo!
Oj, naiwna ty jesteś, Dariu! Mariola uśmiechnęła się przez łzy. Przecież żartuję.
No jak żartujesz, to nie jest źle.
Wszystko było tak samo pogmatwane jak świętej pamięci Waldek. Z jednej strony był kochającym, troskliwym mężem.
Z drugiej człowiekiem humoru. Potrafił wykończyć Mariolę swoimi fochami, a później kajal się i przepraszał. Ona była dość wyluzowana nie roztrząsała takich rzeczy. I tak przeżyli wspólnie ćwierć wieku! Nic tylko trafić do psychiatry…
Daria spędziła z matką trochę czasu, ale musiała wracać do pracy i rodziny. Znowu została Mariola sama.
Ale dobrze wiedziała, iż nie na długo.
Tak też było. Po pół roku pocierpiała i jak tylko wytarła łzy, zauważyła, iż wokół pojawiła się gromadka panów-adoratorów.
Nawet mama Marioli dziwiła się kiedyś, skąd ta popularność córki.
Co oni w tobie widzą? Normalnie leżą u twoich stóp! A nie jesteś choćby ładna chyba coś ze mną nie tak dziwiła się pani Janina.
Dobrze mówisz, mamo, uroda to pikuś. Kobieta ma być czarująca, mieć coś w sobie, urok!
Idźż już, kobieto, zanim twój kawaler się rozmyśli! śmiała się mama.
Przyjdzie inny Mariola wzruszała ramionami.
Od tej rozmowy minęło prawie trzydzieści lat. I w zasadzie kilka się zmieniło. Wszystkie baby narzekają, iż po czterdziestce na rynku sami dziwni faceci. A u Marioli na 46. urodziny już dwóch kandydatów się pojawiło, obaj niezgorsi!
Sercem Mariola ciągnęła do Damiana. Wysoki, elokwentny, człowiek z klasą. A i przystojny z nim można było i do ludzi wyjść bez wstydu, i pogadać.
Ale Damian najlepiej wypadał w gadaniu. Mariola go pokochała chyba uszami, ale po tylu latach życia wiedziała to nie jest facet do codziennego życia i wielkiego domu.
Za to drugi kandydat, Grzegorz, był typem solidnego chłopa. Potrafił wypić na imprezie, ale i zrobić, i naprawić wszystko, czego się tknął. Złota rączka, łagodny, ale i z charakterem.
W domu taki facet był cichy jak myszka, ale jak trzeba umiał wszystko załatwić. Sęk w tym, iż Marioli podobał się mniej takie kobiece paradoksy. Mało mówił, a jak już, to raczej po kielichu.
Wypić, tak, potrafił sporo, ale na drugi dzień już biegał jak nowo narodzony. W końcu to Grzegorza Mariola wybrała.
Damian się obraził, iż jego krasomóstwo nic nie dało i zniknął z pola widzenia.
Mariola wyszła za Grzegorza, a on na samą myśl o niej był szczęśliwy jak dzieciak. Na weselu przesadził z trunkami, śpiewał i tańczył do upadłego.
No niezła jesteś, Mariola śmiała się Kasia. Ledwie rok po śmierci Waldemara, a ty już masz nowe życie! Kobiety szukają faceta za dnia z latarką, a ty tylko wyjdziesz z domu i już ustawka pod klatką.
No powiedz jeszcze, iż co oni we mnie widzą, bo nie jestem miss…
Nie powiem! Ale to, iż zawsze miałaś powodzenie, to fakt.
Nie wiem, Kasiu, pogadaj z moją mamą na ten temat!
Puściła jej oczko i dała się porwać do tańca przez męża właśnie po nią przyszedł. Tańczyła, odpędzając w myślach wątpliwości.
Cóż z tego, iż Grzegorz prostolinijny? Ale jaki silny! I jaki zaradny! A z wyglądu jeszcze całkiem niczego. Że mało mówi? Czasem to lepiej.
Bo z gładkich słówek zupy się nie ugotuje, jak mawiała babcia!
Kilka miesięcy później Grzegorz przemienił działkę Marioli w bajkowy ogród. Wyciął stare drzewa, zrobił rabaty, postawił altankę, wszystko po męsku, porządnie.
Przy tym jeszcze pieniądze zarabiał i kupował Marioli prezenty.
Porównała swoje nowe, krótkie małżeństwo do 25 lat z Waldkiem i szczerze żałowała, iż wcześniej nie poznała Grzegorza. Skarb, nie facet!
Latem wieczorami smażyli na grillu, ucztowali w altance, gdzie Grzegorz postawił piękny stół z ławkami.
Najedzona Mariola przymykała oczy jak wygrzany w słońcu kocur, a Grzegorz patrzył na nią i się uśmiechał.
O co chodzi, Grzesiu?
A tak sobie, cieszę się.
Jego pierwsza żona była marudą. Już miał stracić wiarę, iż pozna jeszcze kogoś wyjątkowego.
Byli szczęśliwi przez cztery lata. I nagle Grzegorz zaczął się dziwnie czuć. gwałtownie się męczył, zaczął chudnąć bez powodu. A już gdy sobie popił od razu było kiepsko.
Grzegorz, do lekarza z tym marsz! włączył się alarm Mariola. Nie żartuję!
Phi, samo przejdzie, nie przesadzaj, Mariolciu.
Koń średniowiecza! Chcesz z tego wyjść jak reszta facetów, co to do lekarza nie chodzą?
Ale ja się nie boję.
Nie powiedział jednak, czego się boi. A bał się jednego iż jak naprawdę jest ciężko chory, to Mariola go zostawi. Bo kto by chciał być z chorym starym dziadem? On ją bardzo kochał, mimo iż wiedział, iż ona chyba wyszła za niego raczej rozsądkowo niż z wielkiej miłości.
Ale zakochał się od pierwszego wejrzenia, kiedy zobaczył w sklepie Mariolę zagubioną, szukającą w torebce portmonetki. Już wtedy chciał ją wziąć pod opiekę.
Nawet jego mama, gdy zobaczyła synową, mówiła z tajemniczym uśmiechem:
Synku, to twoje życie, ale co ty w niej widzisz? Przecież nie młoda, nie miss. Każda inna by za tobą chodziła.
Grzegorz nikogo innego nie potrzebował poza Mariolą. Ale co, jeżeli Mariola nie będzie potrzebować jego, gdy zabraknie zdrowia?
Do lekarza Grzegorz się nie dał zaciągnąć. Przyszedł sobotni wieczór, goście Kasia i jej mąż Borys. Grzegorz i Borys grillowali i pili piwo, a Mariola z Kasią krzątały się w kuchni.
Grzegorz chory, co? zagadnęła Kasia.
Sama nie wiem! wyrzuciła z siebie Mariola. Proszę, żeby poszedł do lekarza, ale nie i już! Ty jesteś lekarzem, powiedz, czy wygląda zdrowo?
No trochę schudł i wydaje mi się, iż ma żółtawy odcień skóry
O rany! Kasiu, może ty go namówisz? Jesteś specjalistką, on cię wysłucha.
Kasia spojrzała na przyjaciółkę.
Mariolu ty go tak naprawdę kochasz? Pamiętam, jak jeszcze miałaś wątpliwości
Mariola nie odpowiedziała, tylko przygryzła wargę.
Kasia jednak nie zdążyła nic zdziałać Grzegorz zasłabł przy stole. Wezwano karetkę. Mariola pojechała z nim do szpitala, trzymała go za dłoń i modliła się.
Od razu został zoperowany.
Guz wątroby.
Rak?! przestraszyła się Mariola.
Na wyniki próbki czekamy powiedzieli lekarze.
Na szczęście guz okazał się łagodny, choć spory i Grzegorz nieźle się nacierpiał, zanim się o tym dowiedział.
Lekarze zakazali mu prawie wszystkiego i ostrzegli, iż rekonwalescencja potrwa długo, a może w ogóle już nie wróci do dawnej formy.
Grzegorz całkowicie się załamał. W szpitalu odwiedziła go mama.
Mariola była w pracy, więc pani Janina przyszła w dzień, przyniosła mu ulubione kotleciki na parze (te, które można było jeść a lista była krótka!).
Synu, nie poznaję cię! powiedziała mama. Leżysz tu jak zmokła kura, powinieneś się cieszyć raka nie masz! Jedz, bo przynajmniej do tego cię przekonam.
Nie jestem głodny…
Musisz! Przychodzi do ciebie Mariola?
Przychodzi… póki co westchnął Grzegorz.
Myślisz, iż cię zostawi? Głupi by był, kto by cię zostawił rzekła mama.
Jestem wrakiem, nie wolno mi się przemęczać, pracować, pić tylko patrzeć na ścianę. Latem kończę pięćdziesiątkę, a już inwalida! Kto takiego chce?
Wtedy do sali weszła Mariola.
Co tu się dzieje? Na cały oddział was słychać! Dzień dobry, pani Janino!
To ja może pójdę, miłego dnia, Mariuszku tfu, Grzesiu! poprawiła się mama speszona.
O co chodziło? zapytała Mariola, podchodząc do łóżka niepocieszonego męża.
A nic, inwalidą mnie nazwali. Co to za inwalida, skoro ręce i nogi na miejscu? A wiesz, co przeczytałam o wątrobie?
Co takiego?
Że to jedyny organ, co się sam regeneruje. Jak zostaje 51%, to odbuduje się! A ty masz 60%. Dasz radę, tylko czasu potrzeba!
Tylko czy mam ten czas…?
Co? nie zrozumiała.
No, czas. Czy mi wystarczy?
Grzegorz, powiedz mi prawdę, coś przede mną ukrywasz? Kazałeś lekarzom coś zataić?
Nie, to nie to…
W końcu wypisali Grzegorza do domu. Zaczął się najgorszy okres: dwie razy machnie młotkiem, siada jak dziadek, nie ma już tej krzepy. Najbardziej go to dołowało.
A przed nim był jubileusz, który teraz nie cieszył ani trochę. Żadnego żurku, żadnego schabowego, choćby o wódce mógł zapomnieć.
Mariola zachowywała się, jakby nie widziała jego niemocy, zjadała razem z nim dietetyczne obiady, jeszcze chwialiła, jak dobrze wszystko smakuje.
Mariolu zebrał się w końcu na odwagę. No powiedz, co teraz z nami będzie?
W jakim sensie?
No ja się tak opornie leczę. Rzucisz mnie, prawda? Łatwiej powiedzieć wcześniej.
Czemu niby mam cię rzucić? Dobrze mi z tobą, po prostu.
Bo było ci dobrze, jak wszystko robiłem i pracowałem. A teraz co ze mnie za pożytek?
A wiesz, wcale nie o to chodzi. Dasz radę, tylko musisz się wziąć w garść!
Chcę, ale dwa uderzenia młotkiem i padam.
Mariola podeszła, objęła go od tyłu i przytuliła policzek do jego szyi.
Kocham cię i nigdy cię nie zostawię. Niech wszystko idzie swoim tempem. Dasz radę.
Naprawdę mnie kochasz?
Na sto procent!
Mariola nie rzuciła Grzegorza. Powoli, ale dochodził do siebie.
Urodziny zorganizowała mu bez żadnych mocnych trunków, żeby mu nie było żal samotnego picia.
Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altance, pograli w planszówki.
Szczęściarz z ciebie, Grzechu powiedzieli, wychodząc.
Teraz to pewnie pójdziecie i chlapniecie za moje zdrowie, co? zgryźliwie zażartował.
Pośmiali się i poszli do domu. Wieczorem Mariola z Grzegorzem siedzieli na ganku, patrzyli w gwiazdy. Byli szczęśliwi. Tego wieczoru Grzegorz pierwszy raz od miesięcy poczuł się lepiej.
Uwierzył, iż się odbuduje. I iż żona naprawdę go nie zostawi. Objął Mariolę mocniej.
Co się stało, Grzesiu?
Wszystko dobrze! powiedział z ulgą.
No nareszcie zażartowała Mariola i pocałowała go w policzek.
Byli szczęśliwi…
jeżeli chcecie czytać jeszcze więcej naszych historii zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o lajku. To daje nam kopa do pisania dalej!










