- Miałem z nimi wszystkimi jechać. Ze względu na sytuację rodzinną nie pojechałem. Myślę, iż opatrzność jednak czuwa nade mną - powiedział Polsat News Wiesław Dudek, radny i mieszkaniec wsi Siedliska, z której pochodziła część pasażerów polskiego autokaru. Rozmówca przekazał, iż informację o wypadku na Węgrzech otrzymał już przed godz. 6 rano.
Odebrał dramatyczny telefon. "Miałem z nimi jechać"

Wiesław Dudek, radny i mieszkaniec wsi Siedliska, mówił w rozmowie z Polsat News, iż mógł być pierwszą osobą, która wiedziała o tragedii polskiego autokaru na Węgrzech, gdyż telefon z informacją o wypadku otrzymał już przed godz. 6 rano.
- Dzwonił kolega, który pojechał na tę pielgrzymkę. Pierwsza myśl była, iż dzwoni, żeby go odebrać, do domu zawieźć, a przekazał mi tę tragiczną informację - relacjonował samorządowiec.
ZOBACZ: "Wszyscy krzyczeli". Dramatyczna relacja poszkodowanej w wypadku
- Byłem w szoku. Na początku nie rozumiałem, co on mówi, iż jego żona nie żyje i moja sąsiadka - opowiadał Dudek.
Wypadek na Węgrzech. Radny: Miałem z nimi wszystkimi jechać
- Szok i niedowierzanie. Do tej pory nie mogę uwierzyć. Z sąsiadką jeszcze dwa tygodnie temu byliśmy na Węgrzech, razem odpoczywaliśmy, bawiliśmy się, a teraz taka tragedia - podkreślił radny.
Samorządowiec powiedział, iż zna niemal wszystkich poszkodowanych w wypadku. - To znajomi, znamy się, po imieniu jesteśmy, bo to nie jest aż tak duża miejscowość - zauważył Dudek.
- Miałem z nimi wszystkimi jechać, dzwoniliśmy do siebie. Ze względu na sytuację rodzinną nie pojechałem. Tak sobie myślę, iż opatrzność jednak czuwa nade mną - powiedział radny.
ZOBACZ: Tragedia polskiego autokaru, cztery ofiary z jednej wsi. Sołtys: Czarny dzień w historii
Dopytywany o słowa swojego kolegi na temat możliwych przyczyn wypadku, radny relacjonował, iż mężczyzna widział, jak autobus zjeżdża, jedzie chwilę po poboczu i później się stacza. - Mówił, iż najprawdopodobniej kierowca zasnął. Tragedia wielka - podkreślił Dudek.
Wspominał, iż wybrał się na pielgrzymkę rok wcześniej z tą samą firmą transportową. - Procedury były w porządku. Jak wracaliśmy, jechał najpierw jeden kierowca, potem drugi. Na Słowację, nie pamiętam w którym mieście, przyjechał trzeci kierowca i on nas dowiózł do Strzyżowa - opowiadał samorządowiec.
Węgry. Wypadek polskiego autokaru. "Kierowca jest przesłuchiwany"
Pasażerowie autobusu, który uległ wypadkowi na Węgrzech, pochodzili głównie z Podkarpacia. Jak ustalił Polsat News, to mieszkańcy Strzyżowa i okolic, którzy wracali przez Węgry z pielgrzymki do Miediugorie w Bośni i Hercegowinie. Informację tę potwierdził potem Podkarpacki Urząd Wojewódzki w Rzeszowie.
Do katastrofy doszło w nocy z soboty na niedzielę, około godz. 1 na autostradzie M3 na wschodzie Węgier. Zginęło 12 osób, 10 jest w stanie bardzo ciężkim i przebywa w szpitalach na Węgrzech. Pozostałe 37 osób odniosło lekkie obrażenia. W pojeździe przebywało łącznie 59 osób.
ZOBACZ: Szef firmy transportowej zabrał głos. "Kierowcy byli doświadczeni, jeździli na tej trasie"
W oświadczeniu opublikowanym na stronie internetowej węgierskiej policji poinformowano, iż autokar zmierzał w kierunku miasta Nyiregyhaza na wschodzie Węgier, a do wypadku doszło w okolicy miejscowości Mezokeresztes. Według wstępnych informacji kierowca zasnął podczas jazdy. Osoba kierująca autokarem została zatrzymana przez policję - poinformował Attila Janasoczki, rzecznik węgierskiej policji.
W rozmowie z Polsat News Tadeusz Dykas, właściciel firmy transportowej, której autobus uległ wypadkowi na Węgrzech, mówił, iż z pielgrzymami udało się dwóch kierowców. - Rozmawiałem z jednym z nich, tym rannym - przekazał Dykas. - Drugi z kierowców jest przesłuchiwany - zaznaczył.












