Było małżeństwo, były dzieci – dwójka. Rozwiedli się, jak mówił, „w zgodzie”, choć z cienia jego spojrzenia wyczytałam, iż nie wszystko było takie proste.
Nie wnikałam. Ułożyliśmy sobie życie. Spokojne. Zrównoważone. Bez dramatów. Bez chaosu.Aż do teraz.
Pewnego wieczoru usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.Zamieszał herbatę tak długo, iż wystygła, zanim wypowiedział pierwsze zdanie:
— „Ola trafiła do szpitala psychiatrycznego. Nie wiadomo, na jak długo.”
Ola – jego była żona. Matka jego dzieci. Zamarłam. Nie dlatego, iż było mi wszystko jedno. Ale dlatego, iż wiedziałam, co powie za chwilę. I powiedział.
— „Muszę zabrać dzieci do nas. Nie mają dokąd pójść. Musimy być rodziną.”
"Rodziną".
Nie byłam gotowa. Nie mam dzieci. Nigdy nie miałam. Nie dlatego, iż nie chciałam. Los po prostu nie dał mi tej szansy. Nie wiem, jak się rozmawia z nastolatkiem. Nie wiem, jak pocieszyć kogoś, kto tęskni za matką, a jednocześnie nie umie jej już ufać. Nie wiem, jak wytłumaczyć sobie, iż moje życie właśnie zmienia się o 180 stopni – bez mojej zgody.
Wprowadzili się tydzień temu. Starsza córka milczy. Patrzy jak przez szybę. Młodszy syn robi bałagan, nie sprząta, rzuca sarkastyczne uwagi.
A mój mąż? Chce dobrze. Chce ratować, sklejać, układać. Ale nie widzi, iż ja w środku pękam.
Nie jestem złą osobą. Nie nienawidzę tych dzieci. Ale nie umiem być nagle matką dla kogoś, kto mnie nie chce i kogo ja nie rozumiem.
Wieczorami płaczę w łazience. Nie dlatego, iż ich obecność mnie przeraża. Tylko dlatego, iż nikt nie zapytał, czy ja też mam siłę na ten ciężar.
Mój mąż mówi:
— „Damy radę. Jesteśmy rodziną.”
A ja coraz częściej myślę:
— „A jeżeli ja już nie czuję, iż do tej rodziny należę?”
Bo rodzina to nie tylko dach nad głową. To uczucia, rozmowy, zgoda, wspólny wybór. A ja czuję się jak tło. Jak ktoś, kto miał być partnerką, a teraz jest tylko dodatkiem do cudzego życia.
Nie wiem, czy dam radę.
Ale wiem jedno – choćby dobre intencje mogą ranić, jeżeli zapomni się zapytać: czy jesteś gotowa?