To zdarzenie miało miejsce w odległym 1995 roku. Wtedy uczyłem się w Wojskowym Liceum Ogólnokształcącym i w samym środku lekcji zostałem wezwany ze zajęć i nakazano mi stawić się u komendanta szkoły.

twojacena.pl 3 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć pewną historię, która wydarzyła się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, dokładniej w 1995 roku. Wtedy byłem kadetem w Liceum Wojskowym im. Suworowa w Warszawie. Właśnie trwały lekcje, gdy nagle wszedł oficer dyżurny i kazał mi natychmiast stawić się u komendanta szkoły. Trochę byłem wystraszony, bo w gabinecie komendanta czekała na mnie jakaś kobieta, cała zapłakana, chusteczką wycierała łzy i wyglądała na kompletnie załamaną.

Sam komendant to był facet z charakterem pułkownik z doświadczeniem na misjach w Afganistanie, twardy, wymagający, ale zawsze sprawiedliwy. Balibyśmy się go, ale bardzo szanowaliśmy. Gdy wtedy podszedł do mnie, był zupełnie inny jakby przygaszony. Powiedział takim zmęczonym głosem:

Słuchaj, zwracam się do Ciebie nie jako przełożony, ale jak do kolegi. Potrzebuję Twojej pomocy.

Oczywiście, od razu odpowiedziałem, iż jestem gotów bez zastanowienia.

Mój siostrzeniec umiera zaczął komendant. Rok temu skończył nasze liceum, pewnie go kojarzysz. Teraz studiuje w Wojskowej Akademii Medycznej i spotkała go tragedia. Ostatnia nasza nadzieja to Twój dziadek. Może się zgodzi go zbadać i spróbować ustalić, co mu dolega?

Nie zadawałem pytań, wystarczyło spojrzenie na matkę chłopaka, by wiedzieć, iż sprawa jest poważna. Zadzwoniłem po dziadka i już po piętnastu minutach pędziliśmy służbową „Wołgą” do niego na Żoliborz. Na szczęście dziadek miał pierwszy dzień urlopu i złapaliśmy go dosłownie na trzydzieści minut przed wyjazdem na działkę pod Grójcem.

Pacjent pojechał z nami. Choć znałem tego chłopaka jeszcze z liceum, w ogóle go nie rozpoznałem. W oczach miał pustkę, nieobecny wzrok, zachowywał się jakby był w innym świecie. Trochę aż ciarki przechodziły.

Szybko dotarliśmy do mieszkania dziadka. On, jak zawsze, powitał nas spokojem, wysłuchał dramatycznej relacji matki chłopaka. Okazało się, iż siedem miesięcy wcześniej jej syn rozpoczął studia medyczne, a w pewnym momencie podczas wykładu dostał ataku z miejsca trafił do szpitala. Tam go przebadali od stóp do głów, ale nic nie wykryli. Ledwie go wypisali, a tu znowu atak, potem kolejny… Lekarze rozkładali ręce nikt nie wiedział, co się dzieje. Ostatnią deską ratunku był mój dziadek, bo nikt w kraju nie miał takiej renomy, jeżeli chodzi o neurologię i psychiatrię.

No i wtedy zaczęło się coś niezwykłego. Dziadek zabrał chłopaka do swojego pokoju i po piętnastu minutach wrócił sam.

Możecie jechać do domu powiedział zupełnie spokojnie do matki chłopaka i komendanta.

Ale jak to? A leczenie, syn przecież jest poważnie chory! zapłakana kobieta zaczęła się niepokoić.

Spokojnie, wy już wracajcie, a my z chłopakiem pojedziemy do mnie na działkę. Akurat mam drewno do porąbania, przyda się taki młody chłopak uśmiechnął się dziadek.

W sumie to nie mieliśmy wyjścia dziadek pożegnał nas, spakował chłopaka i pojechali razem na działkę.

Miesiąc później znowu wezwał mnie do siebie pan komendant. Tym razem do gabinetu weszła ta sama kobieta, ale zamiast łez na twarzy miała uśmiech od ucha do ucha. Obok stał już zupełnie inny człowiek uścisnął mi dłoń, podziękował z całego serca. Komendant również uśmiechał się szeroko. Chłopak, któremu nikt nie mógł pomóc, wrócił do zdrowia w niecały miesiąc. Dla jego rodziny to był cud, ale ja wiedziałem, iż mój dziadek miał na koncie sporo takich cudów.

Dopiero później dopytałem dziadka, co tak naprawdę się stało. Okazało się, iż chłopak miał zwyczajny, ciężki kryzys nerwowy przeciążenie psychiczne od nauki, stres ogromny, mózg po prostu odciął się od wszelkich bodźców, by się bronić. Dziadek od razu to wyczuł, więc nie dał mu ani jednej tabletki tylko fizyczna robota. Na działce chłopak wstawał o ósmej, kąpał się w zimnej wodzie, jadł śniadanie i szedł rąbać drewno. Całe dnie łupał kłody, czasem tylko przerwa na obiad i kolację. Dziadek go tak zagonił, iż wieczorem chłopak padał jak nieżywy i spał jak kamień. Mózg w końcu odpoczął i zresetował się kompletnie.

Przez cały okres leczenia dziadek nie podał mu ani jednego lekarskiego specyfiku. Same siekiery i kawał solidnej pracy. Takie rzeczy działy się u mojego dziadka. Niesamowite, co nie?

Idź do oryginalnego materiału