Pytanie do prokuratury

patrzymy.pl 5 godzin temu

Dawid Kacprzyk to typowy przypadek i to na wielu poziomach, poczynając od poziomu literackiego. Idealnie pasują do niego słowa wieszcza: „Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział, Nigdyby się o tobie Wojski nie dowiedział”. Kacprzyk wpadł dopiero wówczas, gdy złożył oświadczenie majątkowe, a musiał je złożyć, bo chciał trzymać kilka srok za jeden ogon i zapisał się do Koalicji Obywatelskiej, dzięki czemu został radnym i to drugi – polityczny poziom. Na trzecim poziomie jest bezczelność połączona z poczuciem bezkarności, charakterystyczne cechy takich lekarzy i radnych.

Minęły dwa miesiące od wybuchu afery w warszawskim Szpitalu Południowym i niemal od pierwszego dnia wielu obywateli zadawało jedno pytanie: „Dlaczego Dawid Kacprzyk nie został przesłuchany?”. Początkowo działania prokuratury wydawały się logiczne i uzasadnione. Ryzyko mataczenia nie istniało, bo doktor bez specjalizacji sam się przyznał, iż pieniądze w szpitalu zarobił nieuczciwie i potwierdził to korektami faktur. Przesłuchanie podejrzewanego na końcu, gdy zostaną przesłuchani wszyscy świadkowie, też nie jest żadną opieszałością, czy polityczną ochroną, ale powszechnie stosowaną strategią. Wszystko ma jednak swoje granice i opieszałość prokuratury wzbudza coraz więcej wątpliwości, tym większych, iż po zeznaniach lekarza sygnalisty Emila Jędrzejewskiego, na Kacprzyku mogą ciążyć znacznie poważniejsze zarzuty niż wyłudzanie pieniędzy.

Emil Jędrzejewski twierdził i to publicznie, iż w wyniku niekompetencji i błędów lekarskich Dawida Kacprzyka dochodziło do zgonów pacjentów. Oskarżenia te potwierdził w prokuraturze i w tym przypadku podejrzenie mataczenia jest jak najbardziej uzasadnione. Tymczasem prokuratura nie tylko nie wnioskuje o areszt, co robi bardzo często, ale przez cały czas nie przesłuchała podejrzewanego. Z takiej wyrozumiałości pan były radny KO i ciągle lekarz korzysta pełnymi garściami. W prowadzaniu praktyki lekarskiej nikt mu nie przeszkadza i w prowadzeniu Porsche Panamera również, no może czasami policjanci. Parę dni temu Kacprzyk został przyłapany w swoim ekskluzywnym aucie za pół miliona złotych, najpierw przez dziennikarzy, potem przez drogówkę. Zapłacił mandat i otrzymał punkty karne za przekroczenie prędkości i to cała odpowiedzialność, jaką do tej pory poniósł.

Poza tym jednym epizodem media o dłuższego czasu zapomniały o negatywnym bohaterze z konotacjami politycznymi i nie do końca da się to tłumaczyć „dynamiką zdarzeń”. Gdy poseł Mejza zbierał punkty karne w TVN24 i Gazecie Wyborczej „belki” płonęły na czerwono i żółto przez wiele miesięcy. Znacznie więcej czasu największe portale, telewizje i gazety poświęciły też sałatce zjedzonej przez prof. Krystynę Pawłowicz niż milionerowi bez specjalizacji, który z dużym prawdopodobieństwem ma na kocie znacznie więcej niż pobieranie nienależnych wypłat. Pytanie obywateli do prokuratury z każdym dniem ma coraz większe uzasadnianie i to nie jest jedyne pytanie, jakie powinno paść. W Internecie pojawiło się kilka hipotez wyjaśniających brak reakcji ze strony prokuratury, jedna z nich dotyczyła wysoko postawionych rodziców, ale to był ślepy strzał.

Na pewno ojciec Dawida Kacprzykiem nie jest warszawskim deweloperem, co zostało zweryfikowane i autor tej nieprawdziwej informacji napisał sprostowanie. Nie jest też oficjalnie potwierdzone, iż matka Kasprzyka jest prokuratorem w warszawskiej prokuraturze. Coś jednak musi leżeć na drugim dnie, skoro młody karierowicz niczym się nie przejmuje i śmieje się do obiektywów. Może wie zbyt dużo o zbyt wielu, znacznie poważniejszych działaczach, lekarzach i pacjentach, a może za jego karierą stoją jeszcze wyżej postawieni mecenasi, niż domniemany ojciec deweloper i mama prokurator. Obojętnie, gdzie jest drugie dno i co na nim leży, pewne jest, iż prokuratura w tej sprawie zachowuje się jak adwokat.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału