Po wypadku leżałam w szpitalu, gdy teściowa przyprowadziła do mnie mojego synka; mój mały chłopiec w…

newskey24.com 7 godzin temu

Wyobraź sobie, leżę w szpitalu po groźnym wypadku samochodowym. Ledwie trzymam się na nogach bo, co tu ukrywać, kierowca, który we mnie uderzył, uciekł z miejsca zdarzenia. Lekarze kręcą się wokół, przemawiają cicho i bardzo ostrożnie, a mój mąż trzyma się z dala, chowając się po kątach. Wszystkim zajęła się teściowa dokumenty, rozmowy, odwiedziny Szczerze mówiąc, nie miałam siły się sprzeciwiać.

Pewnego dnia drzwi do sali powoli się otwierają. Wchodzi teściowa jako pierwsza. Za rękę prowadzi mojego synka kilkuletniego Michała. Wygląda poważnie jak dorosły, jakby ktoś mu powiedział, iż tutaj lepiej siedzieć cicho i nie zadawać pytań. Teściowa ustawia go przy moim łóżku, zsyła w moją stronę dziwny, wymuszony uśmiech i mówi, iż to tylko na chwilkę, bo dziecko inaczej się zamartwia. Odsuwa się do okna daje nam chwilkę sam na sam.

Michał powoli wspina się na łóżko, rozsiada obok mnie trochę nieporadnie i podaje mi plastikową butelkę z sokiem pomarańczowym. Odbieram ją odruchowo, choć ręce mam lodowate i trochę mi drżą.

Wtedy nachyla się bardzo blisko, zasłania buzię malutką dłonią i ledwo słyszalnym szeptem mówi: Babcia powiedziała, iż masz to wypić, jak chcę mieć nową, jeszcze ładniejszą mamę ale prosiła, żebym nic więcej nie mówił.

Zamarłam. Sok był aż za zimny, aż za pomarańczowy na pewno nie z tego szpitalnego menu. W sali zrobiło się duszno, po plecach przeszły mi ciarki. Kątem oka widziałam, iż mąż stoi w drzwiach. Teściowa ciągle patrzyła przez szybę, jakby zupełnie odcięta od tego, co się właśnie dzieje a ja czułam na sobie jej wzrok.

Butelkę cichutko postawiłam na prześcieradle, a potem tak, żeby nikt nie widział jej zawartość powoli wylałam do kosza na śmieci. Udawałam, iż wszystko wypiłam. Jednak nie byłam już spokojna. Chciałam dowiedzieć się, co adekwatnie teściowa mi dała i po co mieszała w to wszystko mojego synka.

Gdy zostałam sama, długo patrzyłam na tę butelkę. Po wypadku miałam jeszcze świeże rany, szwy, utratę krwi Lekarze powtarzali: niczego spoza szpitala nie wolno mi brać bez ich wiedzy, bo może to się źle skończyć.

Rano poprosiłam pielęgniarkę, by przekazała lekarzowi sok do sprawdzenia. Nie robiłam awantury, nie tłumaczyłam powodu, po prostu powiedziałam, iż wolę się upewnić.

Wyniki przyszły wieczorem.

Okazało się, iż w soku były bardzo silne leki rozrzedzające krew takie, które u osoby ze świeżymi ranami mogłyby doprowadzić do poważnego krwotoku. Dla kogoś zdrowego pewnie by nie zaszkodziły. Ale w moim stanie to byłaby katastrofa: gwałtowne krwawienie, dramatyczne pogorszenie, nieprzewidywalne powikłania.

Lekarz długo nic nie mówił, potem tylko zapytał, kto przyniósł mi sok. Odpowiedziałam prawdę.

Zamknął akta, rzucił krótkie: gdyby pani wypiła choć połowę, w nocy moglibyśmy już nic nie zdziałać.

Wszystko stało się jasne. Teściowa dobrze znała mój stan zdrowia rozmawiała z lekarzami, zadawała pytania, udawała troskę. Doskonale wiedziała o świeżych szwach, o zakazanych lekach. I mimo to przyszła z moim synem. Dała mu butelkę. Kazała trzymać wszystko w tajemnicy.

Wieczorem pokazałam wynik mężowi. Patrzył na kartkę, potem na mnie jakby mnie nie poznawał.

Mama mówiła, iż to zwykły sok na wzmocnienie wymamrotał.

Nie odpowiedziałam mu nic. Bo właśnie wtedy zrozumiałam, iż ze szpitala wyjdę już kimś zupełnie innym silniejszą kobietą, która nigdy więcej nie pozwoli zbliżyć się do siebie osobom, którym nie może ufać.

Idź do oryginalnego materiału