Po poważnym wypadku samochodowym leżałam w szpitalu, kiedy teściowa przyszła wraz z moim małym synki…

newsempire24.com 1 dzień temu

Po wypadku samochodowym leżałam w szpitalu, kiedy teściowa przyprowadziła do mnie mojego synka. Mój mały Staś podał mi butelkę soku pomarańczowego i cicho wyszeptał: Babcia powiedziała, żebyś to wypiła, ale prosiła, żebym nic więcej nie mówił.

Odkąd sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia, moje życie stanęło na głowie. Byłam w ciężkim stanie, lekarze mówili kilka i z dystansem, mąż był gdzieś z boku jakby poza wszystkim, a teściowa przejęła stery nad moim światem: dokumenty, rozmowy, odwiedziny. Ja nie miałam siły, by się sprzeciwiać.

Tego dnia drzwi sali powoli się otworzyły i pierwsza weszła teściowa z Januszem, moim synem, trzymając go za rękę. Staś był zbyt poważny jak na swój wiek zdawał się rozumieć, iż tutaj nie wolno rozrabiać ani zadawać pytań.

Teściowa postawiła go przy łóżku, posłała mi niezbyt szczerą minę i powiedziała, iż zostawi go ze mną na chwilkę, żeby dziecko nie przeżywało. Chwilę potem odsunęła się do okna, rzekomo zostawiając nam trochę prywatności.

Staś wszedł ostrożnie na łóżko, ułożył się przy mnie i podał mi butelkę z pomarańczowym sokiem. Wzięłam ją odruchowo, czując jak drżą mi palce.

Nachylił się do mnie i zakrywając ustka dłonią wyszeptał najciszej jak tylko potrafił:

Babcia powiedziała, żebyś to wypiła, jeżeli chcę mieć nową, ładniejszą mamę… ale poprosiła, żebym więcej nie mówił.

Oniemiałam. Sok był zimny, aż za bardzo, wyrazisty zdecydowanie nie szpitalny. W sali nagle zrobiło się duszno, a z korytarza czułam na sobie wzrok męża stojącego w drzwiach. Teściowa przez cały czas patrzyła w okno, jakby nic się nie działo, ale wiedziałam dobrze, iż cała jej uwaga skupiona jest na mnie.

Powoli położyłam butelkę na kołdrze i jakby od niechcenia wylałam jej zawartość na podłogę, udając iż piłam. Po tym wydarzeniu postanowiłam dowiedzieć się, co kryło się za jej intencją dlaczego tak zależało jej, żebym wypiła ten sok, i czemu wykorzystała do tego mojego synka. Prawda, którą odkryłam, była przerażająca.

***

Gdy już zostaliśmy sami, wpatrywałam się długo w pomarańczową ciecz. Po wypadku miałam świeże rany wewnętrzne, zszycia, sporo utraconej krwi. Lekarze ostrzegali: żadne leki, bez ich wiedzy, mogą być dla mnie bardzo niebezpieczne.

Nazajutrz poprosiłam lekarza dyżurnego, żeby zbadał ten sok. Bez awantur, bez wyjaśnień. Powiedziałam tylko, iż mam wątpliwości.

Wynik przyszedł pod wieczór.

W butelce wykryto specyfiki rozrzedzające krew, które znacznie zwiększają krwawienie. W normalnych okolicznościach nic groźnego. Ale nie dla osoby świeżo po operacji i z otwartymi ranami.

Dla mnie oznaczało to jedno: krwotok wewnętrzny, nagłe pogorszenie i nieprzewidziane powikłania.

Lekarz długo analizował wyniki, po czym zapytał, kto przyniósł napój. Odpowiedziałam szczerze.

Zamknął akta i cicho powiedział, iż gdybym wypiła choćby połowę, mogłoby mnie nie być do rana.

W jednej chwili wszystko stało się jasne. Teściowa wiedziała o moim stanie sama rozmawiała z lekarzami, zadawała pytania, udając troskę. Świetnie zdawała sobie sprawę z zakazów i ryzyka.

A jednak… przyszła do mnie z moim synem. Dała mu butelkę. Poprosiła o milczenie.

Gdy mąż przyszedł wieczorem, pokazałam mu dokumentację. Długo patrzył to w kartkę, to na mnie, jakby nie poznawał własnej żony.

Powiedziała, iż to tylko sok… dla wzmocnienia, wyszeptał.

Nie odpowiedziałam nic.

Bo w tamtej chwili zrozumiałam jedno: po wyjściu ze szpitala nie będę już tylko kobietą zranioną przez los. Będę osobą, która już nigdy nie pozwoli skrzywdzić się w ten sposób.

Idź do oryginalnego materiału