Numer sprawy Kasjerka w aptece podała terminal, a on odruchowo przyłożył kartę, choćby nie patrząc. Ekran zamigotał na czerwono, zapiszczał i wyświetlił lakoniczne „Transakcja odrzucona”. Spróbował jeszcze raz, wolniej, jakby od tempa zależało, czy będzie osobą z pieniędzmi. – Może inna karta? – rzuciła kasjerka, choćby nie unosząc wzroku. Sięgnął po drugą, tę z wypłatą, ale znów usłyszał krótkie „odrzucono”. Za plecami ktoś głośno westchnął i poczuł, iż robi mu się gorąco w uszach. Schował do kieszeni opakowanie leków, o które wcześniej prosił, i bąknął, iż zaraz załatwi. Na ulicy zatrzymał się przy ścianie, by nie tarasować przejścia, i sprawdził aplikację bankową. Zamiast znajomego widoku salda – szare okno i komunikat, który ściśnięciem zamroził mu wnętrze: „Rachunek zablokowany. Podstawa: postępowanie egzekucyjne”. Bez kwoty, bez łopatologicznych wyjaśnień – tylko przycisk „Szczegóły” i numer sprawy, wyglądający jak cudzy paszport. Stał i patrzył, jakby mogło to zniknąć pod siłą wzroku. W głowie natychmiast pojawiły się sprawy, których nie wolno odkładać: za tydzień miał jechać do mamy w regionie, miała badania, obiecał, iż przyjedzie; w pracy wziął dwa dni urlopu, szef marudził, ale się zgodził. No i te leki, których teraz nie mógł zapłacić. Wykręcił infolinię banku. Automat zdążył już poprosić go o „ocenę jakości obsługi”, zanim ktokolwiek podniósł słuchawkę. – Słucham Pana – odezwała się pracownica, głosem opanowanym, jak ktoś, kto dystansuje się nie z niechęci, tylko z obowiązku. Podał nazwisko, datę urodzenia, ostatnie cyfry dowodu. Powiedział, iż konta zablokowane i iż to pomyłka. – Na Pana profilu widnieje ograniczenie z tytułu dokumentu egzekucyjnego – odpowiedziała. – Nie możemy zdjąć blokady. W tej sprawie należy się zgłosić do komornika. Widzi Pan numer postępowania? – Widzę. Ale nie wiem, o co chodzi. Nie mam długów. – Rozumiem. My tylko wykonujemy zalecenia. Bank nie jest inicjatorem. – Kto jest? – W dokumencie wskazano oddział komorniczy. Mogę podać Panu adres. Podyktowała. Zapisał na odwrocie paragonu z apteki. Ręka drżała mu ze złości i wstydu jednocześnie, jakby przyłapano go na drobnej kradzieży. – A pieniądze? – zapytał. – Widzę „potrącenie”. – Zajęcie na podstawie postępowania komorniczego. Po zwrot trzeba zgłosić się do wierzyciela lub komornika. – Czyli nie mogą mi państwo pomóc. – Możemy przyjąć zgłoszenie. Zgłosić reklamację? Chciał nie numeru, tylko żeby ktoś powiedział: „Tak, pomyłka, już to naprawiamy”. Zamiast tego usłyszał tylko numer sprawy, zupełnie jakby ktoś wręczał mu żeton do szatni. – Numer zgłoszenia… – powiedziała, jakby odczytywała kod na kurtkę. – Czas rozpatrzenia do trzydziestu dni. Powtórzył numer sobie pod nosem. Trzydzieści dni brzmiało jak wyrok, ale i tak podziękował. Słowa podziękowania wypadły z ust automatycznie, jak „do widzenia” na koniec rozmowy, która go upokorzyła. W domu otworzył szufladę z dokumentami, gdzie trzymał rachunki, umowy, stare zaświadczenia. Zawsze uważał się za porządnego: płacił w terminie, nie zaciągał zbędnych kredytów, choćby mandaty za parkowanie opłacał natychmiast, by nie zapomnieć. Rozłożył paszport, PESEL, NIP na stole, jakby to były dowody jego uczciwości. Żona wyszła z pokoju i zobaczyła go nad stosem papierów. – Co się stało? Opowiedział jej. Starał się mówić spokojnie, ale w połowie głos mu zadrżał. – Może to jakiś stary mandat? – zapytała ostrożnie. – Jaki mandat na takie kwoty i z blokadą rachunku? – Pokazał ekran z komunikatem o zajęciu. – Przecież nigdzie nie jeżdżę, tylko do pracy. – Pytam tylko – wzruszyła ramionami. – Teraz takie rzeczy się zdarzają. Słowo „zdarzają” go wściekło. Jakby jego życie było statystyką. – Zdarza się, iż człowieka wpisują jako dłużnika i musi udowadniać, iż nie jest wielbłądem – rzucił ostro, a zaraz potem pożałował tonu. Postawiła mu na stole kubek z wodą i wyszła. Został sam z dokumentami i wrażeniem, iż w domu zrobiło się mniej powietrza. Następnego dnia pojechał do banku. W oddziale było jasno i cicho, jak w przychodni po remoncie. Ludzie czekali na krzesełkach, śledząc numery wyświetlane na ekranie. Wziął numerek: „Sprawy dotyczące rachunków”. Usiadł i poczuł, jak zaczyna w nim narastać frustracja już od samego faktu czekania. Zamiast człowieka znów czuł się zadaniem do rozwiązania. Gdy przyszła jego kolej, doradczyni uśmiechnęła się kurtuazyjnie. – W czym mogę pomóc? Pokazał ekran i opowiedział o blokadzie. – Tak, widzę ograniczenie – mówiła, klikając myszką. – Nie mamy dostępu do bazy komorników. Możemy wydać tylko wyciąg z rachunku i zaświadczenie o nałożonych ograniczeniach. – Proszę wszystko, co się da – poprosił. – Potrzebuję dzisiaj. – Zaświadczenie jest gotowe do trzech dni roboczych. – A jeżeli muszę kupić leki? – usłyszał u siebie w głosie nutę prośby, co było jeszcze gorsze niż złość. Doradczyni na chwilę speszyła się. – Rozumiem. Ale procedury są niezmienne. Złożył wniosek, odebrał kopię z datą i podpisem. Wydruk był jeszcze ciepły; ściskał papier, jakby to była jedyna broń przeciw niewidzialnej machinie. Potem pojechał do urzędu. Pachniało kawą z automatu i preparatem do podłóg, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Przy wejściu czekał biletomat, obok młoda kobieta z identyfikatorem, pomagająca wybrać usługę. – Chciałbym do komornika – powiedział. – Komornik u nas nie urzęduje – odparła. – Możemy przyjąć wniosek, wysłać zapytanie, pomóc przez „ePUAP”. Jaki problem? Pokazał zaświadczenie i numer sprawy. – Najlepiej od razu do komornika – doradziła. – Ale jeżeli Pan chce, możemy wydrukować wyciąg z „ePUAP”, o ile coś się pokaże. Nie miał wyboru. Odebrał numer i usiadł. Na ekranie przesuwały się cyferki, ludzie podchodzili do okienek, wracali z teczkami, przeklinali szeptem. Spoglądał na swoje ręce – wydawały się starsze niż wczoraj. Przy okienku pracowniczka poprosiła o dowód. – Ma Pan potwierdzone konto? – zapytała. – Tak. Zalogowała się do jego profilu, długo czegoś szukała. – Faktycznie, jest postępowanie komornicze – orzekła w końcu. – Ale tu wpisany inny NIP. Nachylił się zaintrygowany. – Jak inny? – Proszę spojrzeć, u Pana… – przeczytała cyfry. – W postępowaniu – jedna cyfra jest inna. Jedna cyfra. Poczuł dziwną ulgę, jakby znów otrzymał prawo do oburzenia. – To nie mój dług – powiedział. – To może błąd przy łączeniu danych – podsumowała. – Tak się zdarza przy podobnych nazwiskach i datach urodzenia. – I co teraz? – Możemy przyjąć wniosek o błędnej identyfikacji i dołączyć kopie dokumentów. Decyzja należy do komornika. Wydrukowała formularz, podpisał. Dołączono kopię dowodu, NIP, PESEL. Widzieć, jak jego życie zamienia się w stos papierów znikających w skanerze, było upokarzające. – Jak długo trwa rozpatrzenie? – zapytał. – Do trzydziestu dni. Czasem szybciej – dorzuciła, widząc jego minę. Znowu trzydzieści. Z urzędu wyszedł z teczką – ważniejsza wydawała się od nazwiska. Do kancelarii komorniczej dotarł dopiero dwa dni później. Ochroniarz sprawdzał torbę, poprosił o wyciszenie komórki. W korytarzu ludzie – niektórzy z dziećmi, inni z plikiem dokumentów. Na ścianie kartka: „Obsługa tylko po wcześniejszym umówieniu”. Obok lista, na której wpisywano nazwiska jeden pod drugim. Spytał kobietę z kolejki: – Tu trzeba się zapisać? – Tu trzeba żyć – odparła bez uśmiechu. – Kto szybciej przyszedł, ten bliżej. Dopisał się na końcu. Usiadł na parapecie, bo zabrakło krzeseł. Czas nie płynął – rwał się na drobne frustracje: ktoś próbował wejść bez kolejki, ktoś głośno wyjaśniał przez telefon, iż „komornicy nic nie robią”, ktoś w toalecie cicho płakał. Gdy wyczytali jego nazwisko, wszedł do gabinetu. Przy biurku komorniczka – kobieta pod czterdziestkę z oczami pełnymi zmęczenia. Na biurku monitor, plik spraw, pieczątka. – Nazwisko? – nie podniosła głowy. Podał. – Numer sprawy? Podał kartkę z banku. Zerknęła, kliknęła. – Ma Pan zaległość z tytułu kredytu – przeczytała. – Nie mam żadnego kredytu – zaostrzył głos. – Proszę sprawdzić NIP. Tu jest błąd. Zmarszczyła brwi, przybliżyła ekran. – Rzeczywiście, NIP się nie zgadza – przyznała. – Ale system powiązał Pana po imieniu, nazwisku i dacie urodzenia. – I to wystarcza, żeby blokować mi konto? Westchnęła. – Pracujemy na przekazanych danych. jeżeli to błąd, potrzebny wniosek o korektę plus dokumenty. Składał Pan już gdzieś? Położył kopie z urzędu. – Tam był przyjęty. Jest potwierdzenie przyjęcia. Przekartkowała. – To przez urząd. Do nas jeszcze nie doszło. – Ale ja nie mogę czekać, aż „dojdzie”. Zabrano mi środki, nie mogę kupić leków. Komorniczka spojrzała na niego wreszcie. – Myśli Pan, iż jest Pan jedyny? – powiedziała cicho, bez złości. – Mam na biurku sto takich spraw. Mogę przyjąć wniosek tu. Ale szybciej nie będzie. Poczuł furię, którą ledwie powstrzymał. Widząc jej zmęczenie, zrozumiał, iż krzyk nie pomoże, tylko zapisze go w pamięci jako „awanturnika”. – Dobrze – wyrzucił z siebie cicho. – Tu napiszę. Co trzeba? Dostał formularz. Napisał: „Proszę o usunięcie mnie z postępowania egzekucyjnego z powodu błędnej identyfikacji”. Dołączył kopie dowodu, NIP. Komorniczka podstemplowała: „Przyjęto”. – Do dziesięciu dni na sprawdzenie – powiedziała. – jeżeli się potwierdzi, cofniemy zajęcie. – A pieniądze? – O zwrot potrąconych środków trzeba starać się osobno – przez wierzyciela. To już nie do mnie. Wyszedł z nową pieczątką. Pieczątka była zwycięstwem – ale zwycięstwem nad czym? Nad tym, iż ktoś wreszcie uznał jego istnienie. Wieczorem poprosił szefa o pół dnia wolnego następnego dnia. – Kpisz sobie? – Szef patrzył, jakby wymyślił to dla wymówki. – Przecież mamy raport. – Mam zablokowane konta – wyjaśnił. – Muszę biegać po urzędach. – Powiedz mi… tam coś było? Alimenty? Kredyty? To bolało bardziej niż odmowa w aptece. Zimny wyraz twarzy. – Nic nie było – powiedział stanowczo. – To błąd systemu. Szef wzruszył ramionami. – Dobra. Ale niech to nas nie ciągnie w dół. Księgowość już pytała, czemu były potrącenia. Na komputerze zobaczył maila z działu kadr: „Uprzejmie prosimy o wyjaśnienie, czy mają Państwo postępowania komornicze”. Wszystko się ścisnęło. Odpisał krótko: „Błąd, wyjaśniam, dostarczę dokumenty”. Zrozumiał, iż teraz musi tłumaczyć się nie tylko komornikowi, ale i kolegom z pracy, z którymi przepracował dekadę. W domu żona spytała, co ustalił. – Przyjęli wniosek – odpowiedział. – To już coś – przyznała. – Jesteś pewien, iż to nie przez kredyt twojego brata? Kiedyś chyba poręczałeś… Od razu się wyprostował. – Nie byłem poręczycielem – powiedział ostro. – Odmówiłem, pamiętam. Kiwnęła głową, ale jej spojrzenie zostało nieufne. Zrozumiał, iż machina już zdążyła naruszyć zaufanie – i niełatwo to posklejać dokumentami. Po tygodniu przyszło pismo na ePUAP: „Stwierdzono błędną identyfikację dłużnika. Zamknąć postępowanie egzekucyjne.” Czytał trzy razy, by uwierzyć. Otworzył aplikację bankową. Konta aktywne, saldo z powrotem jak gdyby nigdy nic. Ale jeszcze wisiało powiadomienie: „Część operacji może być ograniczona do czasu aktualizacji danych.” Spróbował zapłacić rachunek. Przelew przeszedł, ale długo ładował się kręcący krąg. Kupił w końcu leki w aptece. Kasjerka choćby go nie poznała. Chciał powiedzieć: „Już wszystko w porządku”, ale to byłoby dziwne. Wziął siatkę i wyszedł. Dwa dni później zadzwonili z banku. – Otrzymaliśmy informację o zdjęciu zajęcia – powiedziała konsultantka. – Ale w historii kredytowej przez jakiś czas zostanie adnotacja. Aktualizacja w BIK może potrwać choćby do czterdziestu pięciu dni. – Czyli ślad zostanie – rzucił. – Tymczasowo. Słowo „tymczasowo” nie przynosiło ulgi. Wyobraził sobie, iż gdy za miesiąc będzie chciał wziąć raty na remont okien u mamy, usłyszy: „Miał pan zajęcie”. I znowu będzie musiał tłumaczyć, iż to nie jego wina. Złożył wniosek o zwrot potrąconych środków. Komorniczka tłumaczyła, iż wierzycielem jest bank, który udzielił komuś kredytu, więc zwrot będzie przez ich dział księgowy. Przesłał skany decyzji, wyciąg, numer konta. W odpowiedzi: „Zgłoszenie przyjęte”. Kolejny numer. W tym czasie zauważył, iż mówi ciszej. Jakby miał pewność, iż każde dodatkowe słowo może uruchomić znów ten mechanizm. Po kilka razy dziennie sprawdzał powiadomienia w telefonie, zaglądał na ePUAP, czy „postępowań” przez cały czas brak. Pustka stała się nową normalnością. Któregoś dnia znów był w urzędzie – tym razem załatwiać sprawę mamy. W poczekalni siedział mężczyzna z teczką, zagubiony jak uczeń. Patrzył na swój numerek, jakby nie wiedział, co dalej. – Z jaką sprawą Pan czeka? – zapytał go, sam zdziwiony, iż się odważył. – Powiedziano mi, iż mam dług – ściszył głos nieznajomy. – W banku mówią, iż to komornik. Zauważył w jego oczach coś, co niedawno widział u siebie – mieszankę wstydu i wściekłości. – Najpierw proszę wziąć z banku wyciąg z numerem sprawy – doradził. – Potem tu można wydrukować z ePUAP raport – czasem widać, na jakich danych pana podpięli. jeżeli PESEL lub NIP nie ten, trzeba napisać wniosek o błędnej identyfikacji. I koniecznie poprosić o potwierdzenie przyjęcia. Mężczyzna słuchał uważnie, jakby dostał mapę do nieznajomej krainy. – Dziękuję… A Pan już to przeszedł? Kiwnął głową. – Przeszedłem – odparł. – Wolno. I nie do końca. Ale przeszedłem. Wyszedł z urzędu z upoważnieniem i zatrzymał się przy drzwiach, by włożyć dokumenty do teczki. Teczka była ciężka, nie przez papier, ale od nawyku dokumentowania wszystkiego. Złapał się na tym, iż oddycha spokojniej. W domu uporządkował postanowienie komornika, bankowe zaświadczenia, kopie wniosków – osobny segregator, opisany markerem: „Postępowanie egzekucyjne, błąd”. Kiedyś by się tego wstydził, jakby to była przyznana wina. Teraz już mu nie zależało. Schował teczkę do szuflady i, już spokojnym tonem, powiedział żonie: – jeżeli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, wiem, co mam robić. Już nie będę się tłumaczył. Będę żądał. Patrzyła na niego długo, po czym skinęła głową. – W porządku – powiedziała łagodnie. – Napijmy się herbaty. Poszedł do kuchni i włączył czajnik. Szum wody zabrzmiał jak dowód, iż życie należy przez cały czas do niego, a nie do numerów czy terminów.

newsempire24.com 11 godzin temu

Słuchaj, muszę ci coś opowiedzieć miałem ostatnio taką jazdę, iż sam w to nie wierzyłem. Poszedłem do apteki po leki, podaję kartę, standardzik. Kasjerka podsuwa terminal, przykładam plastik nie patrząc, nagle ekran miga na czerwono, piszczy Transakcja odrzucona. Próbuję drugi raz, wolniej, jakby to miało pomóc, żeby magicznie na koncie pojawiły się pieniądze. Oczywiście to samo.

Ma pan inną kartę? choćby na mnie nie spojrzała, to powiedziała.

Wyciągam drugą tą, gdzie wpływa pensja i znowu klapa. Za mną już ktoś westchnął tak głośno, iż aż uszy mi się zagotowały. Schowałem do kieszeni opakowanie tabletek, które zdążyłem poprosić, i mruknąłem, iż zaraz sprawdzę co jest grane.

Stanąłem na zewnątrz pod ścianą, żeby nie przeszkadzać ludziom. Wyciągam telefon, loguję się do apki banku i Zamiast normalnych cyfr widzę smutny komunikat: Konto zablokowane. Podstawa: postępowanie egzekucyjne. Żadnej kwoty, żadnych detali, tylko jakiś numer, dla mnie jak numer obcego dowodu.

Stoję i patrzę, bo może od gapienia się samo zniknie. Od razu zaczynam myśleć o rzeczach, które nie mogą czekać za tydzień miałem jechać do mamy do Piotrkowa, na badania, obiecałem, iż ją zawiozę. Z pracy na prośbę wyżebrałem dwa dni wolnego, szef był niezadowolony, ale się zgodził. No i te cholerne leki, których choćby nie kupiłem.

Dzwonię do banku. Automat każe mi ocenić jakość obsługi, zanim w ogóle ktoś się odezwie.

Słucham pana odzywa się konsultantka takim wyuczonym tonem, wiesz, jakby jej w ogóle nie obchodziło, co się dzieje.

Podaję nazwisko, PESEL, ostatnie cyfry dowodu. Mówię, iż konto mi zablokowali, iż to pewnie pomyłka.

Na pana koncie jest ograniczenie na podstawie postępowania egzekucyjnego. Nie możemy tego odblokować. Trzeba się skontaktować z sądem lub komornikiem. Widzi pan numer sprawy?

Widzę. Ale nie mam żadnych długów.

Rozumiem, ale bank tylko realizuje nakaz, nie jesteśmy inicjatorem.

A kto jest?

W dokumentach widnieje Kancelaria Komornicza. Mogę podać adres.

Podała, więc zapisałem na odwrocie paragonu z apteki. Ręka mi drżała ze złości i wstydu, jakbym przyłapany był na kradzieży gumy w sklepie.

A te pieniądze? pytam. Tu napisane, iż coś mi pobrali.

Pobranie zgodne z decyzją egzekucyjną. Żeby je odzyskać, trzeba się zwrócić do komornika lub wierzyciela.

No to super. Czyli bank mi nie pomoże.

Możemy przyjąć zgłoszenie. Chce pan zgłosić sprawę?

Chciałem, żeby ktoś po prostu powiedział: Tak, to błąd, już naprawiamy. Ale ona tylko dyktuje mi numer zgłoszenia, jakby wydawała żeton do szatni.

Numer sprawy mówiła bez emocji. Czas rozpatrzenia do trzydziestu dni.

Powtórzyłem ten numer na głos, żeby nie zapomnieć. Te trzydzieści dni brzmiały jak wyrok, ale i tak podziękowałem odruchowo, tak jak się mówi do widzenia po rozmowie, która cię upokorzyła.

W domu otworzyłem szufladę z dokumentami: rachunkami, umowami, papierami. Zawsze uważałem się za porządnego gościa: płaciłem na czas, nie brałem pożyczek bez sensu, choćby za parkowanie opłacałem mandaty od razu, żeby nie zapomnieć. Paszport, PESEL, NIP rozłożyłem to wszystko na stole, jakbym chciał udowodnić, iż jestem uczciwym człowiekiem.

Kasia, moja żona, wyszła z pokoju, spojrzała na stół i na mnie.

Co się stało?

Opowiedziałem, starając się mówić spokojnie, ale w połowie mi głos zadrżał.

Może jakiś stary mandat? sugeruje cicho.

Jaki mandat za takie pieniądze i z blokadą? wskazałem jej telefon z komunikatem o blokadzie. Gdzie ja miałem jeździć, jak tylko do pracy się szwędam?

No pytam tylko, teraz wszystko się może zdarzyć.

Słowo zdarzyć się mnie wkurzyło. Jakby moje życie było kolejną linijką w statystyce.

Tak, czasem człowiek nagle trafia na listę dłużników i potem musi udowadniać, iż nie jest wielbłądem burknąłem i zaraz żałowałem tonu.

Postawiła mi szklankę wody i poszła bez słowa. Zostałem z tymi papierami i wrażeniem, iż w domu zrobiło się duszniej.

Następnego dnia pojechałem do banku. Było tam jasno, cicho, jak w przychodni po remoncie. Ludzie siedzieli na plastikowych krzesłach i zerkali w telefony, czekając, aż wyświetli się ich numer.

Wziąłem numerek na sprawy dotyczące kont. Siedziałem tam i coraz bardziej mnie wkurzało samo to czekanie, bo numerek robi z człowieka zadanie, a nie osobę.

Jak już przyszła moja pora, pani za biurkiem uśmiechnęła się służbowo.

W czym mogę pomóc?

Wytłumaczyłem całą sytuację, pokazałem jej ekran telefonu.

Tak, widzę ograniczenie odparła, klikając w coś. Nie mamy dostępu do danych komornika. Mogę wydrukować wyciąg i zaświadczenie o ograniczeniach.

Poproszę wszystko, co się da, potrzebuję na już.

Zaświadczenie będzie za trzy dni robocze.

A jak ja mam kupić leki?

Poczułem, iż zaczynam błagać, co jest już gorsze niż bycie złym.

Zawahała się.

Rozumiem. Taka procedura.

Podpisałem te papiery, dostałem wydruk ciepły jeszcze od drukarki, ściskając go w rękach jak jedyny dowód mojej niewinności.

Z banku prosto MOPS albo, jak to teraz modnie, do Urzędu Miasta. Pachniało tam kawą z automatu i środkiem do podłóg, ale nic nie maskowało zmęczenia na twarzach ludzi. Przy wejściu był terminal do numerków, obok dziewczyna w kamizelce, która pomagała wybrać usługę.

Potrzebuję do komornika.

Komornika tu nie ma, możemy tylko przyjąć wniosek, pomóc zalogować się do Profilu Zaufanego czy ściągnąć dane z ePUAP-u. O co chodzi?

Pokazałem jej wyciąg z banku i numer sprawy.

Lepiej iść bezpośrednio do komornika doradziła Ale możemy tu wydrukować, co jest na koncie ePUAP, może będzie coś więcej.

Nie miałem wyboru. Wziąłem numer, usiadłem i patrzyłem, jak inni podchodzą do okienka, potem siadają z nowymi teczkami, szepczą przekleństwa pod nosem, a niektórzy ocierają oczy w łazience. Moje ręce wyglądały na starsze niż wczoraj.

Przy okienku urzędniczka poprosiła o dowód.

Ma pan aktywne konto ePUAP?

Mam.

Przeszukała coś długo.

Postępowanie rzeczywiście jest w końcu mówi Ale numer NIP się nie zgadza.

Pochyliłem się bliżej.

Jak to?

Tu ma pan podała mi cyfry A w egzekucji jest inny, dosłownie jedna cyfra różnicy.

Uff, jaka ulga. Poczułem, jakbym znowu miał prawo być wkurzony, bo to jednak nie o mnie chodzi.

To nie mój dług!

To prawdopodobnie błąd techniczny, czasem dane się zczytują po nazwisku lub dacie urodzenia.

I co teraz?

Może pan złożyć oświadczenie o niezgodności danych, dołączyć kopie dokumentów. O wszystkim zdecyduje komornik.

Wydrukowała wniosek, podpisałem, dołączyłem kopie paszportu, NIPu, PESEL-u wszystko lądowało w jakimś skanerze, moje życie zamieniło się w stertę kartek.

Jak długo to potrwa?

Do trzydziestu dni, choć czasem szybciej dodała, bo widziała mój wzrok.

Znowu trzydzieści dni. Wyszedłem z teczką, w środku tylko kopie i numer zszywkowy wyglądał ważniejszy od mojego imienia.

Do komornika dotarłem dopiero dwa dni później. Ochroniarz przy wejściu kazał schować telefon do kieszeni, ludzi było tam tyle, jakby rozdawali kasę za darmo. Wielka tablica: Obsługa interesantów po wcześniejszej rejestracji. A pod spodem kartka ktoś wpisał nazwiska w kolejkę.

Podchodzę do kobiety w kolejce:

To tu się wpisuje?

Tu życie się wpisuje odpowiedziała bez uśmiechu. Kto pierwszy, ten lepszy.

Dopisałem swoje nazwisko na końcu, usiadłem na parapecie nie było krzeseł. Czas mi się rozłaził: ktoś próbował wejść poza kolejnością, ktoś gadał przez telefon iż komornik nic nie robi, ktoś płakał na korytarzu w WC.

Doczekałem się, komorniczka wpuściła mnie do gabinetu kobieta około czterdziestki, zmęczony wzrok, na biurku komputer, stosy akt, pieczątka.

Nazwisko? rzuciła nie odrywając się od ekranu.

Podałem dane.

Numer sprawy?

Podałem jej kwitek z banku.

Popatrzyła, kliknęła coś.

Ma pan zadłużenie z tytułu kredytu.

Nie mam żadnego kredytu. Sprawdźcie NIP!

Zmarszczyła brwi, nachyliła się do ekranu.

Faktycznie, NIP nie pasuje. Ale do systemu wprowadzono na podstawie nazwiska i daty urodzenia.

I to wystarczy, żeby zablokować konto?

Westchnęła ciężko.

Musimy działać na podstawie przesłanych danych. jeżeli jest błąd pisze pan wniosek o pomyłkę i dokumenty. Składał pan już?

Rzuciłem jej kopię z urzędu.

Proszę bardzo, tu mam potwierdzenie.

Przejrzała papiery.

Tu ma pan tylko potwierdzenie z urzędu. Do nas jeszcze nie wpłynęło.

To mam czekać, aż faks przejdzie? Pieniądze mi pobrali, leki nieopłacone!

Spojrzała na mnie wreszcie jak na człowieka.

Myśli pan, iż pan jeden taki? powiedziała cicho, bez pretensji. Mam sto spraw na biurku. Wniosek mogę przyjąć, ale rozpatrzenie nie jest natychmiastowe.

Zacisnąłem zęby, krzyczenie nic by nie dało, widziałem jej zmęczenie.

Dobrze, co trzeba?

Dała mi druk, wypełniłem: Proszę o wykreślenie mnie z postępowania egzekucyjnego z powodu pomyłki personalnej. Dodałem kserówki dowodu, NIPu. Przykleiła pieczątkę Przyjęto.

Do dziesięciu dni sprawdzą, jeżeli to błąd, wydajemy decyzję o zwolnieniu.

A co z pieniędzmi?

Osobny wniosek o zwrot. Wierzyciel (czyli bank) musi oddać. To już nie tutaj.

Wyszedłem z nową pieczątką drobne zwycięstwo, ale nad czym? Że chociaż uznali, iż istnieję.

Wieczorem w pracy proszę szefa o pół dnia wolnego na jutro.

Chyba żartujesz? Przecież mamy raport patrzy na mnie jak na symulanta.

Mam zablokowane konto wyjaśniam krótko. Latam po urzędach.

Powiedz mi szczerze ścisza głos alimenty, kredyty?

To było gorsze niż to w aptece.

Nic z tych rzeczy odpowiedziałem twardo pomyłka w bazie.

On wzruszył ramionami.

Dobra, tylko niech nas to nie dotknie, księgowość już pytała o jakieś potrącenia.

Wracam na stanowisko w skrzynce mail z księgowości: Prosimy o wyjaśnienie, czy są u pana jakieś komorniki. Zrobiło mi się zimno w żołądku. Odpisałem krótko: Pomyłka, wyjaśniam, dostarczę dokumenty. I już wiem, iż teraz muszę się tłumaczyć nie tylko komornikowi, ale też firmie, z którą pracuję dziesięć lat.

W domu Kasia pyta, co powiedzieli.

Przyjęli wniosek.

To już coś zamyśliła się. Jesteś pewny, iż to nie jakieś stare poręczenie za kredyt twojego brata? Pamiętasz wtedy…

Zerknąłem na nią ostro.

Nie byłem poręczycielem, odmówiłem wtedy. Pamiętam!

Kiwnęła głową, ale widziałem, iż została w niej wątpliwość. System już zrobił swoje, zostawił rysę, której nie zasklepią żadne papiery.

Po tygodniu decyzja przyszła na ePUAP. Otwieram ze ściśniętym gardłem. Czytam: Stwierdzono błędną identyfikację dłużnika. Środki egzekucyjne uchylić. Czytałem to trzy razy, żeby uwierzyć.

Od razu uruchamiam apkę banku. Konto znowu aktywne, cyferki się zgadzają, jakby nic się nie wydarzyło. Ale pod spodem wisi info: Część operacji może być zablokowana do aktualizacji danych. Próbuję opłacić czynsz płatność przechodzi, chociaż z opóźnieniem, czekam aż kółko się zakręci.

Pojechałem do apteki, kupiłem leki. Kasjerka mnie nie poznała. Chciałem coś powiedzieć w stylu już wszystko ok, ale byłoby to dziwaczne. Po prostu spakowałem i wyszedłem.

Po dwóch dniach dzwoni bank.

Potwierdziliśmy cofnięcie blokady mówi konsultantka. Jednak w historii BIK może się utrzymać wzmianka do czasu aktualizacji, do 45 dni.

Czyli ślad zostaje.

Tymczasowo.

Tymczasowo nie brzmi pokrzepiająco. Wyobrażam sobie, jak za miesiąc zechcę ratę na remont okien u mamy, a usłyszę były zaległości i znowu będę musiał się tłumaczyć, jakbym był winny.

Napisałem wniosek o zwrot pobranych pieniędzy. Komornik wyjaśnił, iż zwrot robi bank, który udzielił komuś innego kredytu muszę przesłać decyzję, wyciąg, numer konta. W odpowiedzi: Zgłoszenie zarejestrowano. Kolejny numer.

W tym czasie łapię się, iż mówię ciszej. Jakby każde zbędne słowo mogło obudzić znowu system. Po kilka razy dziennie sprawdzam powiadomienia, wchodzę na ePUAP, upewniam się, iż w Egzekucjach pusto. Ta pustka stała się moją codziennością.

Któregoś dnia znowu wylądowałem w urzędzie przez sprawy mamy musiałem jej załatwić upoważnienie do odbioru wyników. W poczekalni siedział facet z teczką, zagubiony jak uczeń. Trzymał numerek i wpatrywał się w ekran, kompletnie nie wiedząc, co dalej.

O co pan pyta? sam byłem zdziwiony, iż zaczynam rozmowę.

Mówią, iż mam dług zszedł głosem. Nie wiem skąd. Bank odesłał do komornika.

W jego oczach widziałem to, co niedawno w swoich mieszaninę wstydu i złości.

Najpierw poprosi pan w banku o wyciąg, żeby dostać numer sprawy. Potem tu, na ePUAP, można sprawdzić, czy nie pomylili danych. Jak PESEL czy NIP się nie zgadzają, składa pan wniosek o błędną identyfikację i KONIECZNIE bierze pieczątkę wpływu.

Słuchał jakby właśnie przekazano mu mapę labiryntu.

Dziękuję a pan, przeszedł już pan to?

Kiwnąłem głową.

Przeszedłem powiedziałem Nie szybko, niełatwo, ale się da.

Wyszedłem z urzędu z nową teczką i przystanąłem przy drzwiach chowając papiery do torby. Plecy bolały bardziej od tego, iż od miesięcy już uczę się wszystko dokumentować.

W domu wszystkie decyzje z komornika, zaświadczenia z banku, kopie wniosków spiąłem w osobny skoroszyt i na grubym markerze napisałem: Egzekucja pomyłka. Kiedyś bym się tego wstydził, jakbym się przyznawał do winy. Teraz mam to gdzieś. Położyłem skoroszyt do szuflady i choćby spokojnym głosem powiedziałem do Kasi:

Jak mi się to jeszcze raz zdarzy, już wiem, co robić. I nie zamierzam się tłumaczyć. Będę żądał.

Spojrzała długo i tylko kiwnęła głową.

Dobra powiedziała. Zaparzę ci herbatę.

Wszedłem do kuchni i zacząłem gotować wodę. Gdy czajnik zaczął szumieć, pomyślałem, iż ten zwykły dźwięk to najlepszy dowód, iż moje życie należy jeszcze do mnie, a nie do tych wszystkich numerków i terminów.

Idź do oryginalnego materiału