Noc, której strażacy nie zapomną. Dziewięć lat od tragicznej nawałnicy

remiza.com.pl 1 dzień temu

Mija dziewięć lat od jednej z największych katastrof pogodowych w najnowszej historii Polski. W ciągu kilkunastu minut huraganowy wiatr niszczył całe miejscowości, zrywał dachy i powalał tysiące hektarów lasów. Dla strażaków rozpoczęła się jedna z największych i najtrudniejszych operacji ratowniczych ostatnich dekad.

Wieczorem 11 sierpnia 2017 roku nad zachodnią i północną Polską przeszedł rozległy układ burzowy. Towarzyszyły mu intensywne opady deszczu, grad oraz porywy wiatru przekraczające miejscami 100, a według części pomiarów choćby 150 kilometrów na godzinę. Nawałnica uderzyła przede wszystkim w województwa pomorskie, kujawsko-pomorskie i wielkopolskie. Najtragiczniejsze skutki przyniosła w rejonie Borów Tucholskich.

Pierwsze zgłoszenia o powalonych drzewach, uszkodzonych budynkach i zablokowanych drogach zaczęły napływać późnym wieczorem. Po chwili stanowiska kierowania zostały zasypane kolejnymi telefonami. Skala zniszczeń była tak duża, iż nie dało się od razu ustalić, gdzie sytuacja jest najpoważniejsza i kto potrzebuje pomocy w pierwszej kolejności.

Zerwane linie energetyczne i telekomunikacyjne utrudniały łączność. Drogi zostały zablokowane przez tysiące powalonych drzew, co uniemożliwiało szybki dojazd do wielu miejscowości. W niektórych rejonach strażacy musieli najpierw przez wiele godzin torować sobie drogę, zanim mogli dotrzeć do ludzi oczekujących na pomoc. Nie było możliwości, aby zastępy poruszały się normalnie. Każdy kolejny kilometr wymagał pracy pilarkami i usuwania ciężkich konarów oraz całych pni.

Najbardziej dramatyczne informacje napłynęły z obozu harcerskiego w Suszku. W miejscu, w którym przebywało około 140 harcerzy, spadające drzewa zniszczyły namioty. Zginęły dwie harcerki, a wiele osób zostało rannych. Ratownicy musieli dostać się do obozowiska przez całkowicie zablokowane drogi. Harcerze, instruktorzy i mieszkańcy rozpoczęli udzielanie pomocy jeszcze przed przybyciem służb.

Tej nocy strażacy nie jechali wyłącznie do pojedynczych powalonych drzew. W wielu miejscowościach niemal jednocześnie zrywane były dachy, niszczone budynki gospodarcze, blokowane drogi i uszkadzane linie energetyczne. Drzewa spadały na domy, samochody i przewody. Część miejscowości została odcięta od świata, a tysiące mieszkańców pozostawały bez prądu. W ciemności trudno było ocenić rozmiar zniszczeń, a wiatr i deszcz przez cały czas zagrażały ratownikom.

Tylko 11 sierpnia straż pożarna odnotowała w całym kraju 6244 interwencje. Następnego dnia było ich już 7724. Oznacza to, iż w ciągu zaledwie dwóch dni zastępy PSP i OSP wyjeżdżały do zdarzeń blisko 14 tysięcy razy. Dla porównania, w normalnych warunkach dobowa liczba interwencji w całym kraju była kilkukrotnie mniejsza.

Najwięcej zgłoszeń dotyczyło wiatrołomów, uszkodzonych budynków, zerwanych dachów i podtopień. Tylko 12 sierpnia odnotowano ponad 1400 uszkodzonych budynków. W około 600 przypadkach wiatr zerwał dachy. Do kolejnych zdarzeń dochodziło również w następnych dniach, gdy mieszkańcy odzyskiwali łączność, a służby docierały do wcześniej odciętych terenów.

Lokalne jednostki bardzo gwałtownie wykorzystały niemal wszystkie dostępne siły. Strażacy zawodowi i ochotnicy działali bez odpoczynku, często przez kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Ratowali rannych, zabezpieczali domy, usuwali drzewa, udrażniali drogi i umożliwiali dotarcie pogotowia, policji, energetyków oraz pozostałych służb. W wielu miejscach ochotnicze straże pożarne były jedynymi formacjami, które mogły rozpocząć działania natychmiast, jeszcze zanim pomoc dotarła z innych powiatów i województw.

W związku z rozmiarem katastrofy uruchomiono centralny odwód operacyjny. Na Pomorze i Kujawy skierowano setki dodatkowych strażaków, pojazdy ratownicze, specjalistyczny sprzęt oraz słuchaczy szkół pożarniczych. Pierwsze dodatkowe siły pomagały przede wszystkim w udrażnianiu dróg, zabezpieczaniu uszkodzonych budynków i zastępowaniu wyczerpanych ratowników.

Tylko na terenie województwa pomorskiego od 11 do 30 sierpnia odnotowano 5047 interwencji związanych z usuwaniem skutków nawałnicy. W działaniach uczestniczyło łącznie 2268 zastępów Państwowej Straży Pożarnej, 3045 zastępów OSP należących do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego oraz 1139 zastępów jednostek spoza systemu. Nie były to zwykłe, krótkie wyjazdy. Wiele działań trwało godzinami, a usuwanie skutków katastrofy ciągnęło się przez kolejne tygodnie.

Nawałnica pochłonęła życie sześciu osób. Dziesiątki zostały ranne. Zniszczone i uszkodzone zostały tysiące budynków, samochodów oraz elementów infrastruktury. Bez prądu pozostawały setki tysięcy odbiorców. Straty liczono w miliardach złotych.

Katastrofa miała również niespotykaną skalę w polskich lasach. Uszkodzonych zostało 79,7 tysiąca hektarów drzewostanów, z czego 39,2 tysiąca hektarów wymagało całkowitego odnowienia. Wiatr powalił lub połamał około 9,8 miliona metrów sześciennych drewna. Pas zniszczeń ciągnął się od Dolnego Śląska przez Wielkopolskę i Kujawy aż po Pomorze.

Największe straty odnotowano na terenie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, gdzie żywioł zniszczył 17,8 tysiąca hektarów lasu. Najbardziej ucierpiały nadleśnictwa Rytel, Czersk, Runowo, Przymuszewo i Szubin. W samym Nadleśnictwie Rytel w ciągu kilkunastu minut przestało istnieć ponad pięć tysięcy hektarów lasu. Krajobraz, który mieszkańcy znali od pokoleń, został dosłownie zrównany z ziemią.

Pierwsze dni po katastrofie nie były jednak czasem liczenia strat w drzewostanie. Najważniejsze było ratowanie ludzi, przywracanie przejezdności dróg i usuwanie drzew zagrażających budynkom oraz liniom energetycznym. Dopiero później rozpoczęła się ogromna operacja porządkowania terenów leśnych, wywożenia milionów metrów sześciennych drewna i odbudowy lasów. Jej skutki widoczne są do dziś, choć w wielu miejscach na dawnych klęskowiskach rośnie już nowe pokolenie drzew.

Nawałnica ujawniła również poważne problemy w systemie ostrzegania i zarządzania kryzysowego. Ostrzeżenia meteorologiczne były wydawane, ale nie wszędzie informacja o zagrożeniu dotarła na czas do mieszkańców, samorządów i organizatorów wypoczynku. Późniejsze ustalenia Najwyższej Izby Kontroli wykazały problemy z przekazywaniem ostrzeżeń, przepływem informacji oraz działaniem struktur zarządzania kryzysowego.

W chwili uderzenia żywiołu nie funkcjonował jeszcze znany dzisiaj Alert RCB. Komunikaty były przesyłane głównie pomiędzy instytucjami, często dzięki wiadomości e-mail i faksów. W praktyce oznaczało to, iż ostrzeżenie mogło zostać wydane, ale mieszkaniec zagrożonego terenu nie musiał go otrzymać. Tragiczna noc stała się jednym z najważniejszych argumentów w dyskusji o potrzebie stworzenia skuteczniejszego i bezpośredniego systemu ostrzegania ludności.

Dla strażaków była to lekcja działania w warunkach katastrofy obejmującej jednocześnie wiele powiatów. Pokazała znaczenie odwodów operacyjnych, jednostek OSP, sprawnej łączności, zapasowych źródeł zasilania, agregatów prądotwórczych oraz ciężkiego sprzętu do udrażniania dróg. Udowodniła również, iż w pierwszych godzinach po uderzeniu żywiołu to miejscowi strażacy, często ochotnicy znający każdą drogę i miejscowość, pozostają najbliżej mieszkańców.

Dziewięć lat później las odrasta, drogi zostały odbudowane, a ślady zniszczeń stopniowo znikają. Nie powinna jednak zniknąć pamięć o sześciu osobach, które straciły życie, ani o tysiącach strażaków zawodowych i ochotników, którzy przez wiele dni pracowali na granicy wytrzymałości.

Noc z 11 na 12 sierpnia 2017 roku pokazała, iż choćby najlepiej przygotowane służby mogą w ciągu kilkunastu minut znaleźć się przed katastrofą przekraczającą możliwości jednego powiatu czy województwa. Pokazała również drugą stronę polskiego systemu ratowniczego: tysiące strażaków, którzy bez względu na zmęczenie, zniszczone drogi i zerwaną łączność ruszyli tam, gdzie ktoś czekał na pomoc.

Idź do oryginalnego materiału