Kiedy miałam osiem lat, zmarła moja mama. Ojciec wtedy bardzo się załamał, zaczął pić i nasz dom pogrążył się w chaosie. Często brakowało nam jedzenia. Chodziłam do szkoły głodna, źle ubrana, nauka szła mi coraz gorzej aż w końcu nauczyciele zwrócili na mnie uwagę.
Pracownicy opieki społecznej parokrotnie odwiedzali nasze mieszkanie w Krakowie. Wydali tacie surowe ostrzeżenia jeżeli nie zmieni swojego życia, straci prawo do wychowywania mnie. Na szczęście tata zrozumiał powagę sytuacji, przestał sięgać po wódkę, a przy kolejnych kontrolach w domu wszystko było już w porządku.
Minęło trochę czasu. Pewnego dnia tata powiedział, iż chciałby, abym poznała jego przyjaciółkę. Była nią pani Maria, którą uprzednio nazywałam ciocią, bo była sąsiadką naszej rodziny. Początkowo byłam niechętna tym spotkaniom, jeszcze bardzo tęskniłam za mamą i trudno było mi zaakceptować decyzję taty.
Jednak niedługo po kilku rozmowach z panią Marią poczułam jej serdeczność i zrozumienie. gwałtownie zaprzyjaźniłam się też z jej synem, Jankiem, który był ode mnie o rok starszy. Razem uczęszczaliśmy do klubu sportowego przy szkole, gdzie trenowaliśmy biegi.
Kiedy tata zauważył, iż zaakceptowałam panią Marię, po miesiącu przeprowadziliśmy się do niej i Janka. Tatę cieszyły nasze relacje, a nasze mieszkanie wynajęliśmy, by dorobić parę złotych do domowego budżetu.
Niestety, życie potoczyło się tragicznie tata zginął potrącony przez nietrzeźwego kierowcę. Formalnie nie byłam córką pani Marii, więc trafiłam do domu dziecka na peryferiach miasta. Żegnając mnie, pani Maria obiecała, iż zrobi wszystko, by jak najszybciej mnie odebrać.
Dotrzymała obietnicy. Po dwóch miesiącach wróciłam do jej domu tych kilka tygodni wystarczyło, bym przekonała się, jak ciężko jest w sierocińcu. Czułam ogromną wdzięczność, iż nie zostawiła mnie na pastwę losu i traktuje jak własną córkę. Z czasem stała się dla mnie prawdziwą drugą matką, a Janek bratem.
Dziś jesteśmy dorośli, oboje mamy własne rodziny, ale mama Maria pozostaje dla mnie i dla Janka najważniejszą osobą. Dwukrotnie została teściową, a jednak nigdy nie doszło pomiędzy nami do kłótni, nigdy też nie zwracaliśmy się do niej teściowa. Mój mąż i żona Janka mówią do niej po prostu Mamo Mario, doceniając jej dobroć i mądrość. Ile razy ją tak ktoś nazwie, na twarzy Marii pojawia się szczery uśmiech.
Ta historia nauczyła mnie, iż prawdziwa rodzina to nie tylko więzy krwi, ale miłość, wsparcie i otwarte serce. Najważniejsze, co możemy podarować drugiemu człowiekowi to obecność, poświęcony czas i zrozumienie.












