Incydent z policyjnym Black Hawkiem. Zarzuty dla dowódcy

upday.com 22 godzin temu
Zdjęcie: Zdjęcie archiwalne, fot. Andrzej Jackowski/PAP


W śledztwie dotyczącym incydentu z udziałem policyjnego Black Hawka, do którego doszło pod Sarnową Górą w 2023 r. prokuratura w Płocku przedstawiła dowódcy śmigłowca zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych związanych z przelotem oraz niebezpieczeństwa sprowadzenia katastrofy w ruchu lotniczym.


Do incydentu z udziałem policyjnego śmigłowca Black Hawk doszło 20 sierpnia 2023 r. podczas pikniku z okazji 103. rocznicy bitwy pod Sarnową Górą niedaleko Ciechanowa (Mazowieckie). Maszyna zerwała wówczas przewód odgromowy linii energetycznej w pobliżu osób obserwujących przelot.

Dowódca śmigłowca z zarzutami

Jak powiedział we wtorek Bartosz Maliszewski, rzecznik płockiej Prokuratury Okręgowej, która w sprawie incydentu prowadzi śledztwo, dowódcy policyjnego śmigłowca Black Hak przedstawione zostały zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych związanych z przelotem oraz niebezpieczeństwa sprowadzenia katastrofy w ruchu lotniczym. Za czyny te grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

"Podejrzany złożył obszerne wyjaśnienia, które będą w tej chwili analizowane i konfrontowane z pozostałymi dowodami" - powiedział prokurator Maliszewski. Pytany czy pilot dowodzący policyjnym Black Hawkiem przyznał się w trakcie przesłuchania do zarzucanych czynów, rzecznik płockiej Prokuratury Okręgowej stwierdził, iż nie zajął on w tym zakresie stanowiska.

Prokurator Maliszewski zaznaczył, iż "nie ujawniono do tej pory, aby do tego incydentu przyczyniły się działania podwładnych bądź przełożonych dowódcy statku powietrznego". "Śledztwo w tej sprawie pozostaje w toku. Zostało przedłużone do sierpnia tego roku" - dodał.

W czerwcu 2024 r. policja informowała, iż pilot uszkodzonego pod Sarnową Górą Black Hawka poniósł odpowiedzialność finansową w wysokości trzymiesięcznego uposażenia, natomiast śmigłowiec został naprawiony i skierowany do udziału w transporcie narządów do transplantacji oraz w działaniach przy granicy polsko-białoruskiej.

PAP

Idź do oryginalnego materiału