Babcia Helena wysiadła z pociągu na dworcu w Lublinie.
W rękach ściskała dwie wielkie torby.
Każda ważyła niemal dziesięć kilogramów.
Ze wsi jechała ponad dwie godziny.
Rzadko odwiedzała syna w mieście.
Tym razem chciała zrobić mu niespodziankę.
Wydała ostatnie pieniądze na prezenty.
Dla synowej kupiła ciepły szal.
Dla wnuków słodycze i zabawki.
Nie umiała przyjechać z pustymi rękami.
Taka była całe życie.
Perony były pełne ludzi.
Helena szukała wzrokiem syna.
Andrzej miał po nią wyjść.
Tak się umówili telefonicznie.
Minuty mijały, a jego nie było.
Torby robiły się coraz cięższe.
Ręce bolały od uchwytów.
Nogi drżały od long podróży.
Usiadła na ławce przy peronie.
Westchnęła głośno, zmęczona.
„Gdzie on jest” – pomyślała.
Wyjęła stary telefon z torby.
Ręce jej się trzęsły.
Wybrała numer syna.
Telefon dzwonił długo.
Nikt nie odbierał.
Spróbowała jeszcze raz.
Serce biło jej szybciej.
Może coś się stało?
Może wypadek na drodze?
Zadzwoniła trzeci raz.
Wreszcie usłyszała szmer w słuchawce.
– Halo? – powiedział głos.
Był zaspany, cichy.
– Andrzej, synku, to ja – powiedziała.
– Mamo? – zapytał zdziwiony.
– Jestem na dworcu – dodała.
– Która godzina? – zapytał.
– Prawie dziesiąta – odpowiedziała.
– Boże, zasnąłem – jęknął.
Helena milczała chwilę.
Czuła ucisk w gardle.
– Czekam tu z torbami – powiedziała cicho.
– Już jedę, mamo, przepraszam – odparł szybko.
Odłożyła telefon na kolana.
Spojrzała na zegar dworcowy.
Westchnęła i czekała dalej.
Syn zaspał, ale przyjedzie.
To wystarczyło, by uwierzyć.













