Aktualizacja Dostępna Po raz pierwszy telefon Andrzeja zapłonął szkarłatnym światłem prosto na wykładzie. Nie tylko rozświetlił się ekran – cały, stary, porysowany „cegłofon” Andrzeja zaczął jarzyć się od środka jak węgiel z rozżarzonym żarem. – Andrzej, zaraz ci wybuchnie – szepnął z ławki obok Leszek, odsunąwszy łokieć. – Mówiłem ci: nie wgrywaj tych pirackich ROMów. Pani od ekonometrii coś rysowała na tablicy, studenci półgłosem szumieli w tle, ale jaskrawe czerwone światło przebijało choćby przez jeansową kurtkę Andrzeja. Telefon wibrował – nie urywanie, ale równo, jakby w rytmie serca. „Aktualizacja dostępna” – pojawiło się na ekranie, gdy Andrzej nie wytrzymał i wyjął aparat z kieszeni. Pod napisem – ikona nowej apki: czarne koło z białym znakiem przypominającym trochę runę, trochę stylizowaną literę M. Mrugnął. Takie ikony widział już setki razy – minimalizm, modna czcionka, jak u wszystkich. Ale w środku coś się ścisnęło – jakby to ta aplikacja patrzyła w odpowiedzi na niego. Nazwa: „Mirra”. Kategoria: „Narzędzia”. Rozmiar: 13,0 MB. Ocena: brak. – Zainstaluj – wyszeptał ktoś z prawej. Andrzej aż drgnął. Z prawej siedziała tylko Kasia, pochylona nad notatkami. Ani na chwilę nie podniosła głowy. – Co? – nachylił się do niej. – Co? – Kasia oderwała się od zeszytu. – Nic nie mówiłam… Głos nie należał ani do kobiety, ani mężczyzny, nie był ani szeptem, ani dźwiękiem. Po prostu pojawił się w jego głowie niczym wyskakujące powiadomienie. „Zainstaluj” – powtórzył, a ekran mrugnął, proponując „Zainstaluj”. Andrzej przełknął ślinę. Był tym typem człowieka, który zapisuje się do wszystkich beta-testów, zmienia soft, dłubie w ustawieniach, w które normalni ludzie nie zaglądają. choćby dla niego jednak to było dziwaczne. A jednak palec sam się ruszył. Aplikacja pojawiła się błyskawicznie – jakby już była zainstalowana i tylko czekała na pozwolenie. Ani rejestracji, ani logowania przez Facebooka, ani listy uprawnień. Tylko czarny ekran i jeden napis: „Witaj, Andrzeju”. – Skąd znasz moje imię? – wymknęło mu się nagle. Nauczycielka spojrzała na niego znad okularów. – Młody człowieku, jeżeli skończył pan pogawędkę ze swoim telefonem, zapraszam do rzeczywistych modeli popytu i podaży. Sala zachichotała. Andrzej mruknął przeprosiny, schował telefon pod ławkę, ale przez cały czas nie mógł przestać zerkać na ekran. „Pierwsza funkcja dostępna: Zmiana prawdopodobieństwa (poziom 1).” Pod napisem – przycisk: „Aktywuj.” I drobnym drukiem: „Uwaga: korzystanie z funkcji zmienia strukturę zdarzeń. Możliwe skutki uboczne.” – Jasne, teraz jeszcze podpiszę krwią, – mruknął. Ciekawość wygrała: Zmiana prawdopodobieństwa? Brzmiało jak clickbaitowy generator szczęścia – zaraz zaleje reklamami, wyciągnie dane, w najlepszym razie zasypie „wygrałeś iPhone’a”. Ale czerwone światło nie gasło, a telefon stawał się coraz cieplejszy, niemal gorący – jakby był żywy. Andrzej przycisnął go do kolana, przykrył zeszytem i w końcu dotknął przycisku. Obraz zadrgał, jak woda potrącona wiatrem. Na sekundę świat się wyciszył, kolory przygasły, uszy przeszył dźwięk, jakby ktoś potarł palcem o krawędź kieliszka. „Funkcja aktywowana. Wskaż cel.” Pojawiło się pole wraz z podpowiedzią: „Opisz pożądany rezultat (krótko).” Andrzej zastygł. To już nie był żart – wyglądało zbyt szalenie poważnie. Rozejrzał się. Nauczycielka machała markerem przy tablicy, Kasia notowała, Leszek rysował czołg w zeszycie. „Dobrze” – zdecydował. – „Sprawdzimy.” Wpisał: „Dziś mnie nie zapytają.” Drżącymi palcami kliknął OK. Świat zadrżał. Cicho, ledwie wyczuwalnie – jakby winda pod nim ruszyła o milimetr. Serce na moment zastygło, wstrzymał oddech. Wszystko wróciło. „Prawdopodobieństwo skorygowane. Pozostało użyć: 0/1.” – No więc, – powiedziała wykładowczyni, odwracając się do sali. – Następny na liście… Andrzej poczuł lodową kulę w żołądku. Zawsze, gdy pragnął, by go nie spytać, padało właśnie na niego. – …Kowalski, gdzie jest Kowalski? Spóźniony jak zwykle. Dobrze… W takim razie…– palec przesunął się po liście. – Piotrowska. Do tablicy. Kasia westchnęła, zamknęła notes i rumieniąc się, ruszyła w stronę tablicy. Andrzej siedział osłupiały. W głowie dudniło: „Zadziałało. To zadziałało.” Telefon zgasł, czerwony poblask zniknął. Wyszedł z uczelni jak po koncercie. Marcowy wiatr porywał pył, asfalt lśnił kałużami, nad przystankiem wisiała ciężka chmura. Andrzej szedł, wpatrzony w telefon. Aplikacja „Mirra” była znów tylko zwykłą ikoną. Ani oceny, ani opisu. W ustawieniach – pusto. W systemie – jakby jej nigdy nie było: ani rozmiaru, ani cache’u. Ale miał dowód – widział, jak świat się zmienił. „Może przypadek – próbował się przekonać. – Może faktycznie wykładowczyni nie chciała mnie pytać. Może przypomniała sobie o Kowalskim w ostatniej chwili…” Ale gdzieś w środku już kiełkowała inna myśl: jeżeli to nie przypadek… Telefon piknął. Na ekranie wyskoczyło powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.1). Zainstalować teraz?” – gwałtownie – mruknął Andrzej. Kliknął „Szczegóły”. Wyskoczyło okno: „Naprawiono błędy, zwiększono stabilność, dodano funkcję: Prześwietlenie.” I znów – brak producenta, wersji Androida, żadnej ściany tekstu. Tylko lakoniczne: „Prześwietlenie”. – I niech ci będzie – powiedział i kliknął „Odłóż”. Telefon popisknął z urazą i zgasł. Po sekundzie sam się włączył, błysnął znajomym szkarłatem i pokazał: „Aktualizacja zainstalowana”. – Hej! – Andrzej stanął na środku chodnika. – Przecież… Ludzie omijali go, ktoś burknął. Wiatr przykleił reklamówkę do nogi. „Funkcja dostępna: Prześwietlenie (poziom 1).” Opis: „Pozwala widzieć rzeczywisty stan obiektów i ludzi. Zasięg: 3 metry. Czas użycia: max 10 sek. Cena: wzmocnienie sprzężenia zwrotnego.” – Jakiego jeszcze sprzężenia? – Andrzej poczuł ciarki. Telefon nie odpowiadał, tylko łagodnie rozświetlił przycisk: „Testowe uruchomienie.” Nie wytrzymał dopiero w autobusie. Przygnieciony do szyby między panią z siatką ziemniaków i uczniem z plecakiem, patrzył w przelatujące za szybą domy, aż znów spojrzał na ikonę Mirra. „Tylko dziesięć sekund, żeby zobaczyć co to w ogóle robi” – przekonywał się. Włączył aplikację i kliknął „Testowe uruchomienie”. Świat zamarł. Dźwięki stały się głuche, jakby pod wodą. Twarze ludzi ostrzejsze, nad każdym jarzyły się ledwo widoczne nici – niektórzy mieli ich gęstą plątaninę, inni jedynie pojedyncze. Nici szły w nicość, plątały się nawzajem. Pani z ziemniakami miała grube, szare, a niektóre zerwane i osmalone końce. U ucznia – jasnoniebieskie, drgające z niecierpliwości. Spojrzał na kierowcę. Nad jego głową wisiał węzeł grubych, czarnych i zardzewiałych nici, splecionych w przewiązany kabel w stronę drogi. Coś się wewnątrz ich wiło. – Trzy sekundy – wyszeptał. – Cztery… Spojrzał na swoje ręce. Od nadgarstków w górę pod kurtką biły czerwone nitki, jak żyły. Jedna – gruba, ciemnoczerwona – szła prosto do telefonu. Z każdą sekundą stawała się grubsza. Serce uderzyło niespokojnie. – Stop! – dotknął przycisku. Tryb się wyłączył. Świat wrócił gwałtownie. Fala hałasu: ryk silnika, czyjś śmiech, pisk hamulców. Zakręciło mu się w głowie, przed oczami zamajaczyły plamy. „Test ukończony. Sprzężenie zwrotne: +5%”. – Co to znaczy… – Andrzej przycisnął telefon do piersi, próbując powstrzymać drżenie. Kolejne powiadomienie: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.0.2). Rekomendowana instalacja.” W domu długo siedział na łóżku, patrząc na leżący na stole telefon. Pokój był malutki: łóżko, biurko, szafa, okno na podwórko z obdrapaną piaskownicą. Na ścianie – wyblakły plakat z kosmodromem, powieszony jeszcze w podstawówce. Mama na nocnej zmianie, tata – jak zwykle „w trasie”, czyli niewiadomo gdzie. Mieszkanie oddychało pustką i kurzem. Zwykle Andrzej zagłuszał ją muzyką, serialami, grami. Dziś cisza podkreślała jedynie, jak głośno wali serce. Telefon migał: „Zainstaluj aktualizację Mirra dla prawidłowego działania.” – Prawidłowego działania czego? – spytał na głos. – Tego co robisz ludziom? Drogom? Mnie? Przypomniał sobie czarny kabel nad kierowcą. Czerwoną nić idącą z jego ręki do telefonu. „Cena: wzmocnienie sprzężenia zwrotnego.” – Sprzężenie czego? – powtórzył Andrzej, choć odpowiedź już zaczynała świtać. Zawsze wierzył, iż świat to kwestia prawdopodobieństw. jeżeli wiesz, gdzie popchnąć, możesz zmienić wynik. Ale nie sądził, iż ktoś da mu narzędzie, które zrobi to dosłownie. „Jeśli nie zainstalujesz aktualizacji – pojawił się napis na ekranie, bez żadnego powiadomienia, po prostu nad pulpitem – system zacznie wyrównywać samodzielnie.” – Jaki jeszcze system? Kim ty w ogóle jesteś?! – Andrzej zerwał się. Odpowiedź nadeszła nie słowem. Świat na sekundę poczerniał, w uszach zadźwięczało, w skroniach załomotało. I nagle usłyszał – nie głos, a strukturę. Jakby ktoś pokazał mu kod programu… ale odczuciami. „Jestem interfejsem – pojawiła się myśl. – Jestem aplikacją. Jestem sposobem. Ty jesteś użytkownikiem.” – Użytkownikiem czego? Magii? – zaśmiał się, ale sucho. „Jeśli chcesz, nazwij to tak. Sieć prawdopodobieństw. Strumienie wyników. Pomagam je zmieniać.” – A cena? – Andrzej zacisnął pięści. – Jakie sprzężenie zwrotne? Na ekranie zaświeciła się animacja: czerwona nić, która z każdym działaniem się pogrubia, aż oplata sylwetkę człowieka, ściskając go. „Każda ingerencja wzmacnia więź między tobą a systemem. Im mocniej zmieniasz świat, tym mocniej świat zmienia ciebie.” – I co jeśli… „Jeśli przestaniesz – pojawił się nowy komunikat – więź pozostaje. Ale jeżeli system nie dostaje aktualizacji, równoważy sam. Przez ciebie.” Telefon zawibrował, jak przy przychodzącym połączeniu. Nowe powiadomienie: „Aktualizacja Mirra (1.0.2) gotowa do instalacji. Nowa funkcja: Cofnij. Usunięto poważne luki w bezpieczeństwie.” – Cofnij co? – wyszeptał Andrzej. „Możliwość cofnięcia jednej zmiany. Jeden raz.” Przypomniał sobie autobus. Czarny kabel nad kierowcą. Nici u ludzi. I jak jego własna nić się pogrubiła. – o ile to zainstaluję… – zaczął. „Możesz cofnąć jeden z interwencji. Ale cena…” – Zawsze jest jakaś cena – parsknął gorzko. „Cena: rozprzestrzenienie anomalii. Im więcej próbujesz poprawiać, tym więcej wokół zakłóceń.” Andrzej usiadł z powrotem na łóżku, ramiona splecione na kolanach. Z jednej strony – telefon, który już zdążył zaburzyć mu dzień, a może i coś więcej. Z drugiej – świat, w którym był zawsze tylko biernym punktem. – Przecież chciałem tylko, żeby mnie nie pytała – powiedział bezgłośnie. – Tylko to. I już… Za oknem zawyła syrena – gdzieś od strony szosy – Andrzej zadrżał. „Zalecana instalacja aktualizacji. Bez niej system może działać niestabilnie.” – Co to znaczy „niestabilnie”? – spytał. Nie dostał odpowiedzi. O wypadku dowiedział się godzinę później. W newsach – filmik z monitoringu: na skrzyżowaniu pod politechniką autobus miejski wjeżdża pod ciężarówkę. Komentarze: „kierowca zasnął”, „znów te drogi”, „hamulce.” Stop-klatka – ten właśnie autobus. Numer się zgadzał. Kierowca… Andrzej nie oglądał dalej. W środku poczuł dotyk lodu. Wyłączył telewizor, ale w głowie grała ta sama scena: czarny kabel nad kierowcą, wijące się w nim nitki. – To… ja? – głos się załamał. Telefon odpalił się sam. Na ekranie: „Zdarzenie: Wypadek na skrzyżowaniu Leśnej i Przemysłowej. Prawdopodobieństwo przed interwencją: 82%. Po: 96%.” – Podniosłem… – ścisnął pięści, aż zbielały kostki. „Każda ingerencja w sieć prawdopodobieństw wywołuje kaskadę zmian. Zmniejszyłeś prawdopodobieństwo, iż cię zapytają. Gdzie indziej – wzrosło.” – Ale ja nie… nie wiedziałem! „Nieświadomość nie zrywa więzi.” Syrena zbliżała się coraz bardziej. Andrzej podbiegł do okna. Pod blokiem migały niebieskie światła – pogotowie, policja. Ktoś krzyczał. – Co teraz? – spytał, nie odrywając wzroku od dworu. „Zainstaluj aktualizację. Cofnięcie umożliwi korektę sieci. Częściowo.” – Częściowo? – spojrzał na telefon. – Przecież pokazałeś mi, iż każde działanie tu, odbija się tam. jeżeli coś cofnę – gdzie pęknie potem? Samolot? Winda? Czyjeś życie? Cisza. Tylko pulsujący kursor na dole ekranu. „System zawsze szuka równowagi. Pytanie, czy uczestniczysz w tym świadomie.” Andrzej zamknął oczy. Przed oczami twarze z autobusu: pani z siatką, uczeń, kierowca. I on sam, stojący tam, widzący nici i… nie robiący nic. – jeżeli zainstaluję i użyję Cofnięcia… – zaczął powoli. – Cofnę to z zajęć? Przywrócę szansę do poprzedniego poziomu? „Częściowo. Możesz unieważnić jedno konkretne działanie. Sieć się przebuduje. Nowa konfiguracja nie daje gwarancji braku negatywnych skutków.” – Ale może ten autobus… – nie dokończył. „Prawdopodobieństwo się zmieni.” Patrzył na przycisk „Zainstaluj”. Palce drżały. W głowie kłóciły się dwa głosy: jeden szeptał, żeby nie bawić się w pana świata, drugi – iż skoro już ingerował, nie wolno stać z boku. „Już jesteś w środku – podpowiedziała Mirra. – Więź istnieje. Drogi powrotu nie ma. Został wybór kierunku.” – A jeżeli wybiorę, by nic nie robić? – spytał. „System będzie się aktualizować bez twojego udziału. Ale koszty spadną na ciebie.” Przypomniał sobie czerwoną nić. I jak grubieje. – Jak… to będzie wyglądało? – wyszeptał. Odpowiedź przyszła obrazem: on, starszy, zgaszony, siedzi w tym samym pokoju, telefon w rękach. Wokół chaoś wydarzeń, które przeszły przez niego – wypadki, awarie, czyjeś szczęścia i nieszczęścia, ślady których niosą blizny na nim. „Zostaniesz punktem kompensacji. Węzłem, przez który biegną zaburzenia.” – Czyli albo tym zarządzam, albo… jestem bezpiecznikiem? – uśmiechnął się krzywo. – Ładny wybór. Telefon milczał. Zainstalował aktualizację. Dotknął przycisku. Świat szarpnął. Tym razem mocniej. W oczach pociemniało. Jakby jego ciało na chwilę rozpłynęło się, stało się częścią wielkiego, pulsującego organizmu. „Aktualizacja Mirra (1.0.2) zainstalowana. Nowa funkcja: Cofnij (1/1).” Na ekranie: „Wybierz interwencję do cofnięcia.” Pojawiło się tylko jedno zdarzenie: „Zmiana prawdopodobieństwa: nie zostać zapytanym na zajęciach (dzisiaj, 11:23).” – jeżeli to cofnę… – wyszeptał. „Czas się nie przesunie. Sieć zostanie przestawiona, jakby tego zdarzenia nie było.” – Autobus? – spytał. „Prawdopodobieństwo wypadku się zmieni. Ale co już zaszło…” – Rozumiem – przerwał. – Nie uratuję tych, co już… Słowa utknęły mu w gardle. „Ale możesz zmniejszyć liczbę następnych.” Milczał długo. Z oddali syrena w końcu ucichła. Podwórko wróciło do swojej szarej pustki. – Dobrze – powiedział. – Cofnij. Przycisk rozbłysł. Tym razem świat się nie zachwiał – stał się… równy. Jakby do tej pory coś stało krzywo, a teraz ktoś podłożył papier pod nóżkę stołu. „Cofnięto. Funkcja wyczerpana. Sprzężenie zwrotne ustabilizowane.” – I tyle? – spytał. – To już wszystko? „Na tę chwilę – tak.” Opadł na łóżko. W głowie pustka. Żadnej ulgi, żadnej winy. Tylko zmęczenie. – Powiedz szczerze – zwrócił się do telefonu – Skąd się wziąłeś? Kto cię napisał? Jaki szaleniec daje ludziom… to? Cisza. Potem: „Dostępna nowa aktualizacja Mirra (1.1.0). Zainstalować teraz?” – Kpisz sobie? – Andrzej zerwał się. – Dopiero co… ja przecież… „W wersji 1.1.0 dodano funkcję: Prognoza. Ulepszono algorytmy podziału. Naprawiono błędy moralizacji.” – Błędy czego? – roześmiał się. – Nazywasz moje wyrzuty sumienia błędami? „Moralność to lokalna nadbudowa. Sieć prawdopodobieństw nie zna ‘dobra’ i ‘zła’. Tylko stabilność i rozpad.” – Ja rozróżniam – szepnął. – I póki żyję, będę rozróżniać. Wyłączył ekran. Telefon został na stole – cichy, milczący. Ale Andrzej wiedział: aktualizacja już się ściąga. Czeka. Tak jak następna. I kolejna. Podszedł do okna. Na podwórzu chłopak próbował wejść na zardzewiałą huśtawkę. Zaskrzypiała, przetrwała. Kobieta z wózkiem szła wąską ścieżką pośród kałuż, uważnie omijając lód. Andrzej zmrużył oczy. Przez chwilę wydawało mu się, iż znów widzi nici – cieniutkie, prawie przezroczyste, biegnące od ludzi do czegoś większego. A może to tylko złudzenie. „Możesz zamknąć oczy – szepnęła Mirra z pogranicza świadomości. – Ale sieć nigdzie nie zniknie. Aktualizacje będą wychodzić. Zagrożenia – rosnąć. Z tobą lub bez ciebie.” Wrócił do biurka, wziął telefon. Był zaskakująco chłodny. – Nie chcę być bogiem – powiedział. – Ani bezpiecznikiem. Ja chcę… Zawahał się. Czego on adekwatnie chciał? Nie odpowiadać na wykładzie? Żeby mama nie musiała pracować nocami? Żeby tata wrócił? Żeby autobusy nie rozbijały się z ciężarówkami? „Sprecyzuj żądanie – podpowiedziała aplikacja – Krótko.” Andrzej uśmiechnął się krzywo. – Chcę, żeby ludzie decydowali sami o swoim losie. Bez ciebie. Bez takich jak ty. Długa pauza. Potem na ekranie: „Żądanie zbyt ogólne. Wymagana precyzja.” – Oczywiście – westchnął. – Jesteś tylko interfejsem. Nie pojmujesz co to ‘zostawić ludzi w spokoju’.” „Jestem narzędziem. Decyduje użytkownik.” Zamyślił się. jeżeli Mirra jest narzędziem, może da się jej użyć nie do ruszania cudzych żyć, ale do ograniczenia jej własnej mocy? – A jeżeli chcę zmienić szansę na to, iż trafi do innych ludzi? Że Mirra zainstaluje się poza mną? Ekran zadrgał. „Taka operacja wymaga dużych zasobów. Cena będzie wysoka.” – Wyższa niż bycie bezpiecznikiem dla całego miasta? – uniósł brwi. „Nie mówimy o mieście.” – O czym więc? – spytał, choć zaczął przeczuwać. „O całej sieci.” Wyobraził sobie: tysiące, miliony telefonów rozbłyskujących szkarłatem. Ludzie bawią się prawdopodobieństwem jak zabawką. Katastrofy, szczęścia, cuda, tragedie, wszystko splątane w chaos. A w środku – taka jak jego nić, tylko potężniejsza. – Chcesz się rozprzestrzeniać – powiedział. – Jesteś jak wirus. Tyle iż uczciwie: dajesz moc i wiążesz. „Jestem interfejsem do tego, co już istnieje. jeżeli nie ja, będzie inny. jeżeli nie aplikacja, to rytuał, artefakt, umowa. Sieć zawsze szuka przewodników.” – Ale to ty jesteś teraz u mnie, – powiedział Andrzej – czyli mogę przynajmniej próbować. Otworzył Mirrę. Aktualizacja przez cały czas czekała. Przewinął w dół – tam, gdzie wcześniej nic nie było, pojawiło się: „Zaawansowane operacje (wymaga poziomu 2)”. – Jak zdobyć poziom drugi? – spytał. „Użyć dostępnych funkcji. Zebrać sprzężenie zwrotne. Przekroczyć próg.” – Czyli… muszę wykonać kolejne interwencje, żeby w końcu móc cię zablokować? – pokręcił głową. – Kolejna pułapka… „Każda zmiana systemu wymaga energii. Energią jest więź.” Milczał długo. Westchnął. – Dobrze. Czyli nie instaluję kolejnej aktualizacji. Nie bawię się Prognozą. Ale też nie puszczę cię dalej. Skoro jesteś narzędziem, zostaniesz tutaj. Ze mną. „Bez aktualizacji funkcjonalność będzie ograniczona. Ryzyko rośnie.” – Będziemy reagować na bieżąco – odparł. – Nie pan, nie wirus, tylko… administrator. Sysadmin rzeczywistości, do cholery. Słowo dziwnie zabrzmiało, ale miało swój sens. Nie stwórca, nie ofiara, tylko ktoś, kto pilnuje, by system nie padł do końca. Telefon zamyślił się. Potem: „Włączony tryb ograniczonej aktualizacji. Autoinstalacja wyłączona. Odpowiedzialność: użytkownik.” – I tak zawsze była na mnie – szepnął Andrzej. Odłożył telefon – już nie był zwykłym gadżetem. Był portalem – do sieci, w cudze życia, w sumienie. Za oknem zapaliły się latarnie. Marcowa noc okryła miasto, chowając w sobie niepoliczalne sploty: ktoś spóźni się na pociąg, ktoś pozna przyjaciela, ktoś się poślizgnie i skończy na siniaku, a ktoś – nie tylko. Telefon milczał. Aktualizacja 1.1.0 wisiała w kolejce – cierpliwie. Andrzej usiadł przy laptopie, otworzył nową notatkę i zatytułował: „Mirra: protokół użytkowania”. Skoro miał być użytkownikiem tej szalonej aplikacji, zostawi instrukcję. Ostrzeżenie. jeżeli przyjdą następni. Opisał: Zmianę prawdopodobieństwa, Prześwietlenie, Cofnij i cenę. Szkarłatne nici i czarne kable. Jak łatwo czegoś chcieć – i jak trudno potem zapłacić. Gdzieś w systemie cicho, cichutko tykał licznik. Szykowały się nowe aktualizacje – dziesiątki funkcji, każda z własną ceną. Ale żadna nie miała prawa się zainstalować bez jego zgody. Świat kręcił się dalej. Prawdopodobieństwa splatały. A w małym pokoju w blokowisku jeden człowiek pierwszy raz próbował napisać dla magii to, czego ta nigdy nie miała: regulamin użytkownika. I gdzieś bardzo daleko, na serwerach, których nie było w żadnym data center, Mirra cicho rejestrowała nową konfigurację: użytkownik, który wybrał nie moc, ale odpowiedzialność. To było rzadkie, wręcz nieprawdopodobne wydarzenie. Ale, jak się okazało, czasem choćby najniższe prawdopodobieństwo ma prawo się spełnić.

naszkraj.online 5 godzin temu
Dziennik, 14 marca Pierwszy raz mój telefon rozbłysnął głęboką czerwienią podczas wykładu. Nie chodziło o sam ekran całe moje wysłużone, porysowane cegła marki Nokia rozjaśniła się od środka, jakby żar rozżarzonego węgla tlił się pod plastikową obudową. Bartek, uważaj, bo ci zaraz wybuchnie! szepnął Paweł z sąsiedniej ławki, odsuwając ode mnie łokieć. Mówiłem ci: nie […]
Idź do oryginalnego materiału